Log in

Kłótnia, cisza i modlitwa

Kulminacja sporów wokół ósmej rocznicy katastrofy smoleńskiej już przebrzmiała. Pan Macierewicz prawie niezauważony powtórzył stare informacje ubrane w nową nazwę „Raport techniczny”, które już nawet jego własna partia ignoruje.

Jak zwykle zagubiona opozycja nie wiedziała, jak się zachować i co powiedzieć. Jedynymi scenami w telewizji, które warto było sobie przypomnieć, to sceny autentycznej żałoby w Polsce, kilkudniowe godne zachowania polityków wszystkich opcji politycznych.

Już niedługo potem okazało się, że to cisza przed burzą, która trwa już osiem lat i nadal kopie rowy wrogości, dzieli wszystkich, a podziały tworzy nie tylko w poprzek świata polityki, ale społeczeństwa, rodzin, kościołów. Nie cofa się przed odarciem z godności samych ofiar, a pamięć o samym Lechu Kaczyńskim naraża na śmieszność, zamiast pozostawić mu godne miejsce w pamięci ludzi. Niestety takie są owoce przesady, narzucania interpretacji, wymuszania upamiętnień, kłótni.

Jednak i ja pragnę zachować w pamięci mój 10.04.2010 roku. Tego dnia przebywałem na zaproszenie Christine Czai, córki Herberta Czai, byłego przewodniczącego Związku Wypędzonych, na konferencji Kulturstiftung der deutschen Vertriebenen w Stuttgarcie. Na samym początku wykładów odebrałem SMS z informacją, która składała się z krótkich słów: „Prezydent Kaczyński nie żyje”. Nie pamiętam, od kogo pochodził ten SMS. Kilka minut później drugi SMS informował już, że zginął wraz z żoną i wieloma innymi osobami w katastrofie lotniczej. Wiadomość tak nieprawdopodobna, że nikomu najpierw jej nie przekazałem, wyszedłem z sali, wykonałem kilka telefonów, by się upewnić, że to prawda.

Wróciłem na salę i poprosiłem o przerwę w wykładzie. W krótkich słowach powiedziałem o katastrofie, o śmierci wszystkich 96 osób na pokładzie i poprosiłem o uczczenie chwilą ciszy ich pamięci. Odczuwałem to jako mój obowiązek, dlatego że byłem z Polski, ale także dlatego, że odczuwałem potrzebę modlitwy w tamtej chwili. Dopiero później uświadomiłem sobie paradoks tej sytuacji, że około stu działaczy Związku Wypędzonych w ciszy i modlitwie uczciło w Stuttgarcie polskiego prezydenta i osoby mu towarzyszące, ofiary tej niebywałej katastrofy. Tego związku, który dziesiątki lat był w Polsce odsądzany od czci i wiary, a z jego ówczesnej przewodniczącej Steinbach uczyniono niemal naczelnego jej wroga. Ich szczerą modlitwę w tamtej chwili pragnę zachować w pamięci.

 

Ostatnio zmieniany czwartek, 26 kwiecień 2018 10:31