Log in

Homo sovieticus?

Homo sovieticus? Foto: Joachim Makowski

„To wszystko razem tworzy naszą tożsamość, która na Śląsku po wojnie wciąż była poniżana, tępiona i wykorzeniana z naszych serc. Wmawiano nam, że za język i kulturę niemiecką raczej powinniśmy się wstydzić, niż być z nich dumni. Jako wspólnota musimy się bić w pierś, ponieważ w tysiącach rodzin mamy do czynienia z wahaniem tożsamościowym nie tylko ze strachu tamtych lat, ale dlatego, że daliśmy sobie właśnie to wmówić”.

Dokładnie to zdanie zawarte w moim wprowadzeniu do rozważań pielgrzymkowych, wygłoszonym w niedzielę 2.06. na Górze św. Anny, spotkało się z żywą reakcją. Tymczasem ciągle na usprawiedliwienie faktu, że ktoś nie zna niemieckiego, słyszymy argument strachu związanego z dyskryminacją w PRL. Ten strach to prawda. Czy jednak jedyna? Ponieważ w tych dniach obchodzimy nie tylko 30 lat od pierwszej na Górnym Śląsku mszy niemieckiej po wojnie, ale także pierwszych „półdemokratycznych” wyborów, więc jako uczestnik tamtych wydarzeń przypominam sobie ówczesny klimat intelektualny. Ważny udział w nim miał ks. Józef Tischner, filozof, który w roku 1990 użył pojęcia „homo sovieticus” na określenie człowieka nie mogącego wyzwolić się z cech życia w komunizmie pomimo jego upadku.

Wczoraj dowiedziałem się, że Tischner tej nazwy nie wymyślił, lecz przejął ją od rosyjskiego dysydenta Zinowiewa. Według niego radzieckie społeczeństwo „składa się z galaretowatych jednostek i samo przypomina galaretę. Jest to społeczeństwo kameleonów, będące w całości gigantycznym kameleonem”. Dla Tischnera „homo sovieticus” to forma „ucieczki od wolności”, w której „galaretowate jednostki” nie potrafią żyć, bo ona domaga się samodzielnego działania i decyzji. Bez nich rodzi się pokusa, by nieszczęścia z przeszłości utrwalić na zawsze, zawsze być gotowym obwiniać innych, a nie siebie i być niezdolnym do poświęcania się ku ich przezwyciężeniu. Takich jednostek chciał komunizm, by móc im urządzać życie po swojemu, by móc im wmawiać, określać ich myśli, przewidywać reakcje. Tischner wiedział, że „homo sovieticus” w ludziach po PRL jest silny i może być nawet dziedziczny.

Każdy musi się zastanowić, ile niemożności przełamania skutków dyskryminacji kulturowej jest już tylko wygodnym tłumaczeniem, ile jej przekazujemy młodym, których już nikt nie dyskryminuje. Czy nie czas ten krąg rozerwać? Zapisując się na kurs, włączając dzieciom bajkę na KIKA (niemiecka stacja TV dedykowana dzieciom – przyp. red.), kupując niemiecką książkę, słuchając „Tagesthemen” (wiadomości w niemieckiej telewizji publicznej – przyp. red.), idąc na mszę po niemiecku, opowiadając dzieciom o niemieckości ich dziadków, wybierając urlopowy wyjazd też do Weimaru, a nie tylko do Paryża czy Dubrownika. Biorąc swój kulturowy los w swoje ręce.

Bernard Gaida

Ostatnio zmieniany środa, 05 czerwiec 2019 13:15