Log in

Zakończenie pierwszego obozu językowego dla młodzieży Mniejszości Niemieckiej

9 sierpnia 2019 r. w Turawie odbył się wspólny polsko-węgierski wieczór pożegnalny obozu językowego dla młodzieży, w którym uczestnicy prezentowali zaproszonym gościom swoje występy artystyczne. Gościem wieczoru był przewodniczący Związku Niemieckich Stowarzyszeń Społeczno-Kulturalnych w Polsce, Bernard Gaida, który przedstawił działalność organizacji Mniejszości Niemieckiej w Polsce, Grupy Roboczej Mniejszości Niemieckich (ADGM) oraz opowiedział o znaczeniu języka w tworzeniu własnej tożsamości. Gościem wieczoru pożegnalnego były również przedstawiciele Związku młodzieży Mniejszości Niemieckiej (Zmmn): Przewodnicząca Zmmn- Katrin Koschny i kierownik biura- Weronika Koston, które przedstawiły uczestnikom działalność Związku. 

Natomiast w ostatni dzień obozu rozdane zostały certyfikaty uczestnictwa.

67830127 2369797016437168 462702023708508160 n

67687258 2369802186436651 3507673157550997504 n

68275439 2369779676438902 7429349706095919104 n

68239202 2369800696436800 3651647165756866560 n

67801587 2561062637258215 6117864541566009344 n

 

Korespondencja z MEN na temat problemów oświaty Mniejszości Niemieckiej

W czerwcu 2019 r. do Związku Niemieckich Stowarzyszeń Społeczno-Kulturalnych w Polsce wpłynęło pismo Podsekretarza Stanu z Ministerstwa Edukacji Narodowej Pana Macieja Kopcia deklarujące gotowość do rozwiązania problemów oświaty Mniejszości Niemieckiej. Szczególnie dotyczy to nowych interpretacji w sprawie problemu nauczania języka niemieckiego w klasach VII i VIII szkół podstawowych jako języka mniejszości i języka obcego.

W związku ze zbliżającym się nowym rokiem szkolnym 2019/2020 i brakiem informacji na temat konkretnych działań ze strony Ministerstwa, w dniu 08.08.2019 r. Przewodniczący ZNSSK w Polsce wystąpił do Ministra Edukacji Narodowej Pana Dariusza Piontkowskiego z prośbą o stosowną informację.

Zapraszamy do zapoznania się z treścią tych pism:

MEN.Podsekretarz Stanu M.Kopeć 1MEN.Podsekretarz Stanu M.Kopeć 2Pismo MEN 08.08.2019 1

Idee godne piedestału?

Niezręcznie jest krytycznie odnosić się do rocznic i jubileuszy zakorzenionych w historii Polski, gdy jest się śląskim Niemcem a przedmiot krytyki związany jest z okresem II wojny światowej. Lecz jeśli dotyczy to naszych wspólnych wartości i współczesnego patrzenia na prawa obywatelskie to ta niezręczność wydaje się być usprawiedliwiona.W ostatnim czasie burzę medialną wywołuje kontrowersyjne objęcie przez prezydenta RP patronatu nad 75. rocznicą powołania Brygady Świętokrzyskiej NSZ. Powodem są zarzuty kolaboracji tej jednostki z okupantem. Jeśli będzie to wyłącznie wyraz uznania dla żołnierzy tam walczących, a zwłaszcza poległych, to wszystkim należy się zasłużona pamięć. Lecz jeśli ma to być wyraz uznania dla wizji politycznej, o którą oni walczyli, trzeba zachować daleko idącą ostrożność.

Niepokój mój budzi fakt, że NSZ były formacją zbrojną, której zapleczem politycznym był obóz ONR, wydający pismo „Szaniec”, gdzie w wydaniu z 29 stycznia 1943 roku czytamy o wizji powojennej Polski: „W pierwszym gniewie sprzątniemy zapewne część naszych wrogów, drugie tyle wysiedlimy. (...) Utrwaliło się w nas obecnie przekonanie, że żaden Niemiec czy Żyd, żaden Ukrainiec czy Litwin nie może przez nas być uznany za brata, że żaden nie może być pełnoprawnym obywatelem przyszłego państwa polskiego. (...) Nie łudźmy się też, że wszystkich wrogów wysiedlimy, a zostaną tylko ci lojalni członkowie mniejszości. Nawet po drakońskich wysiedleniach zostaną w Polsce grube krocie Niemców, kilka milionów różnego typu Rusinów, zwarta grupka zwierzęco tępych Litwinów, milion czy dwa zgermanizowanych Ślązaków, Nadodrzan, Mazurów i Prusów. (...) Wszystkich nie wymordujemy i nie przepędzimy, wszystkim też nie możemy dać pod żadnym pozorem praw obywatelskich. Co więc pozostaje? Musimy odrzucić bezwzględnie niedorzeczną równość obywatelską”.

Czcimy tych ludzi, którzy są dla nas wzorem i z których poglądami się solidaryzujemy. Czy więc powyższe idee powinny być otoczone dziś nimbem chwały? I nie chodzi tutaj o jakiś jeden patronat, ale raczej o trwającą wymianę idei na te, które obecnie uznano za godne piedestału. Bo to te idee umiejętnie wychwalane, stopniowo dozowane, wolno i konsekwentnie wchodzą do kalendarzy rocznic, podręczników szkolnych, kazań w kościołach, wykładów, odczytów, na tablice z nazwami ulic, cokoły pomników, ekrany telewizorów i zmieniają umysły dorosłych i kształtowane dopiero systemy wartości naszych dzieci, a wraz z tym określać mogą treść i kształt społeczności na kilkadziesiąt lat do przodu. Niektóre posunięcia wobec mniejszości narodowych, np. ich ujęcie w raporcie o terroryzmie czy obcięcie ilości godzin języka niemieckiego w 7 i 8 klasie, również niepokojąco wpisują się w powyższe idee. Bójmy się, bo może strach zachęci do działania.

Bernard Gaida

  • Dział: Blogi

Wahadło

Kiedy kilka lat temu rozgorzała debata sejmowa na temat zaostrzenia prawa aborcyjnego, było dla mnie jasne, że jej wyciszenie tylko na chwilę uspokoi dyskusję światopoglądową. Każdy, kto zna zasadę wahadła, wie, że jak za daleko wychylimy je w jedną stronę, tak daleko potem wychyli się w stronę przeciwną. Banalna prawda dobrze opisująca rzeczywistość rozchwianego społeczeństwa. Mickiewicz piszący słowa: „Naród nasz jak lawa, z wierzchu zimna i twarda, sucha i plugawa, lecz wewnętrznego ognia sto lat nie wyziębi” nawet sobie nie wyobrażał jak jego słowa pasować będą do obecnego czasu w Polsce. Jak bardzo trafnie użył słów o suchości i plugastwie, zimnie i twardości. Jednak naiwnie brzmiałoby dziś wychwalanie wewnętrznego ognia nie ziębnącego sto lat. Dzisiaj ten kontrast już niczego nie buduje a jedynie pali niszczącą siłą. W nieszczerej wojnie światopoglądowej polityków także mój Kościół z każdym miesiącem tracący swój autorytet jest zupełnie zagubiony na jej frontach. A powinien go zachować nie po to, by sędziować ulicznym bójkom, ale by w nieuchronnym oddalaniu się biegunów postaw moralnych służyć ludziom jak busola oparta nie tylko na miłości Boga ale także bliźniego. Przecież jeśli sól utraci swój smak, to czymże ją posolić? A traci coraz bardziej przyjmując postawy narodowe i patriotyczne, które w czasach PRL były rozumiane jako obrona europejskich i chrześcijańskich wartości wobec idącej ze wschodu dehumanizacji. Te same antyeuropejskie postawy łatwo obracają się w wykluczenie i nienawiść. Ludzie zawiedzeni politykami coraz częściej przenoszą debatę światopoglądową na ulice narzucając społeczeństwu karykaturalnie uproszczony przekaz, zamiast pogłębionej refleksji o prawach człowieka i demokracji. Trybuny uliczne stały się pokusą dla polityków do coraz bardziej populistycznych a więc „najłatwiejszych” wystąpień. Wystąpienia merytoryczne wymagają od nich przygotowań w przeciwieństwie do ulicznych tyrad. W ten sposób słabnie nadzieja na racjonalne wybory, na zrozumienie europejskiej integracji, na pokój społeczny, na prospołeczne wychowanie młodych a wzrasta chęć emigracji wewnętrznej i zewnętrznej. Niestety słabnie także przekonanie, że nie jest rolą państwa określanie światopoglądu swoich obywateli. A to przecież obywatele szanując różnorodność innych odpowiadają za swój własny światopogląd i jego autentyczność. Jeśli Kościół roztrwoni swój autorytet nie będzie w stanie im w tym pomóc. A państwo nie ma prawa go zastępować, lecz ma obowiązek zagwarantować obywatelom prawo do różnorodności i do takiej roli wybierać trzeba posłów i senatorów. Tymczasem wahadło się coraz bardziej wychyla.

Bernard Gaida

  • Dział: Blogi

Spotkania

Tak jak od wielu już lat, w ostatni weekend do Barda Śląskiego zjechali się licznie Ślązacy wierni swym niemieckim korzeniom na pielgrzymkę do Sanktuarium Nawiedzenia NMP. Kazanie do zgromadzonych wygłosił znany niemiecki patrolog i historyk Kościoła prof. Hubertus Drobner z Paderborn. Nawiązując do samego „nawiedzenia”, skupił się na jego współczesnym zdefiniowaniu, określając je słowem „komunikacja”, która poprzez tamte odwiedziny się dokonała pomiędzy Marią i Elżbietą.

W czasach, w których często odczuwamy przesyt komunikacji opartej na szybkim i powszechnie dostępnym internecie, tworzy ona złudzenie, że osobiste spotkanie osób można w ten sposób zastąpić. Ma to jeszcze jeden aspekt. Prof. Drobner zwrócił uwagę na zawartość komunikacji, to znaczy na to, że może ona być też pozbawiona treści. Treścią nawiedzenia było osobiste zaniesienie dobrej nowiny Elżbiecie. A więc komunikacja, która była spotkaniem i miała ważną misję dającą radość i siłę, tworzącą więź pomiędzy osobami obdarzającymi się nawzajem. Na tym tle kontrastowo i mizernie wygląda dzisiejsza komunikacja, będąca w większości zdehumanizowanym natłokiem informacji i bodźców, a nawet manipulacji medialnych, a nie spotkaniem.

Jednak pielgrzymka niewątpliwie jest spotkaniem ludzi i to tych, których wiążą co najmniej dwa ważne aspekty: wiara i przywiązanie do naszej śląskiej niemieckości. Zjechaliśmy się z różnych stron Śląska i jakże radośnie było patrzeć po mszy, gdy swym koncertem czas umilała orkiestra z Białej Prudnickiej, jak rozmawiają ze sobą ludzie z Kłodzka i Raciborza, ci z Wrocławia z tymi spod Opola.

Ta atmosfera spotkania przeniosła się dalej na poniedziałek, gdzie w Legnicy spotkali się przedstawiciele wszystkich dolnośląskich organizacji mniejszości niemieckiej, a treścią była ich lepsza i bardziej głęboka kooperacja. Spotkanie odbyło się inicjatywy VdG, a jego ideą było osiągnięcie efektów synergii bazującej na potencjale poszczególnych stowarzyszeń i możliwości koordynacyjnych biura we Wrocławiu. Cieszyła właśnie ta atmosfera spotkania oparta na poczuciu wspólnoty celów łączących grupy od Kłodzka po Zieloną Górę.

Dla mnie osobiście była to także okazja do odbycia małej, dwudniowej podróży, odkrywającej Śląsk przez Kamieniec, Bardo, Srebrną Górę, Książ oraz Legnicę. W przenośni można powiedzieć, że osobiste spotkanie z historią i dotykalną współczesnością tych miejsc była moją komunikacją ze Śląskiem. A Heimat potrafi do nas przemawiać i gdy tylko chcemy się na niego otwierać, potrafi umocnić naszą tożsamość, niemiecką i śląską jednocześnie.

Bernard Gaida

  • Dział: Blogi

Ponad wszystkim myśl

Jeśli w ciągu kilkunastu dni przeczyta się „Anmerkungen zur Vertreibung der Deutschen aus dem Osten” Alfreda-Maurice de Zayas, „Unfreiwillige Ökumene in Niederschlesien nach 1945” autorstwa Annemarie Franke, Nicola Remig, Inge Steinssträβer i „Der Reisende” Ulricha Boschwitza, wydaje się, że to chaotyczny rozrzut. Wypędzenie Niemców w ujęciu prawnika, eksperta Rady Praw Człowieka ONZ, to temat pierwszej z nich. Druga opisuje życie niemieckich chrześcijan obydwu wyznań na Dolnym Śląsku w latach powojennych i wreszcie ostatnia pozycja to literacki opis życia Żydów w III Rzeszy w kilku dniach na początku listopada 1938 roku. Pomimo tej różnej tematyki stworzyły one swego rodzaju całość pełną podobieństw.

Wszystkie są zapisem strasznego czasu cierpienia z powodu utraty ojczyzny i życia, jakie dotkniętym tym ludziom wydawało się normalne. Wszystkie też dotyczą okresów, w których formalnie nie ma wojny, panuje pokój. Wszystkie opisane wydarzenia dzieją się poza datami 1.09.1939–8.05.1945, a czytający ulega wrażeniu, że czyta relacje wojenne. W powieści Boschwitza główny bohater, żydowski kupiec niemiecki, w ciągu trzech dni traci przyjaciół, firmę, oszczędności całego życia, ale przede wszystkim traci swój kraj, jakim są dla niego wyłącznie Niemcy. Wstrząsające są jego myśli. Jest obywatelem kraju, który wyjął go spod prawa, i stwierdza, że znalazł się „w ojczyźnie na terytorium wroga”. Siły tej powieści dodaje fakt, że autor napisał ją na początku 1939 roku!

Także w popularnonaukowej książce de Zayas znajdujemy wypowiedzi współczesne wydarzeniom. Np. 19.10.1945 filozof Bertrand Russel w „Times” pisze: „W Europie Wschodniej nasi sprzymierzeńcy dokonują masowych deportacji na skalę, jakiej do dziś nie było. Ma się najwidoczniej zamiar eksterminować miliony Niemców nie za pomocą gazu, ale poprzez odebranie im domu i jedzenia. (...) Nie jest to odbierane jako działanie wojenne, ale jako część świadomej polityki pokojowej”. Wreszcie w trzeciej pozycji jeden z niemieckich kapłanów, których wyrzucono z ich parafii i stali się „wędrownymi pasterzami” słuchającymi spowiedzi i głoszącymi kazania za zamkniętymi drzwiami, pisze: „jak samotny i pozbawiony ojczyzny jest on w swoim heimacie”.

Opisy i myśli we wszystkich tych pozycjach prowadzą czytelnika do refleksji, że są zapisem upadku cywilizacji. Stawiają więc pytanie o siłę cywilizacji, w której takie rzeczy są możliwe. A na to pytanie wydaje się uniwersalnie odpowiadać już na potrzeby naszej rzeczywistości prof. T. Gadacz w wywiadzie zamieszczonym w „Polityce”. Tam wskazuje, że tylko myślenie oparte na filozofii leżącej u podstaw naszej cywilizacji może nas chronić przed jej upadkiem, który zawsze jest naruszeniem zasad podstawowych. Ale myślenie wprowadzone do kanonu wykształcenia ogólnego, a nie elit intelektualnych. Niestety dostrzega ciągłe brnięcie w odwrót od humanistyki na rzecz bio-, info-, techno-, które są zubożeniem kultury. Jak groźba brzmią jego słowa: „Cywilizacja może odrzucić kulturę, z której wyrosła, ale nie jest pewne, czy może to przeżyć”.

Bernard Gaida

  • Dział: Blogi

Cierpienie nie ma narodowości

Doświadczam ostatnio wielu spotkań z ludźmi na wózkach inwalidzkich, sparaliżowanych, zbolałych i z niezwykłą siłą pozwalającą te ograniczenia przezwyciężyć. Nie wiem, czy rodzina von Pückler dziś jest zadowolona, że w Polsce w ich dawnej siedzibie rodowej w śląskim Friedlandzie, a dziś Korfantowie pomaga się takim ludziom. Bo to Opolskie Centrum Ortopedyczne.

O dawnych właścicielach majątków, domów, gospodarstw na wschód od Odry i Nysy myśli się rzadko, a jeśli już jakaś refleksja się rodzi, to ma ona charakter ogólny, historyczny i bezosobowy. Dla pacjentów, którzy mogą po południu w okolicach szpitala spacerować, ten bezosobowy wymiar znika już jakieś dwieście metrów za zamkiem. Tam w dawnym parku zamkowym, który teraz jest lasem, przy drodze za metalowym ogrodzeniem znajdują się trzy groby von Pücklerów. Ten, który jest najbliżej żeliwnej furtki, to płyta na grobie Carla Rüdigera Grafa von Pückler, zmarłego 23 grudnia 1923 roku. W przeddzień Wigilii Bożego Narodzenia.

Starzy ludzie mówili, że każdy dzień jest dobry na śmierć. Ale Carl Rüdiger urodził się zaledwie trzy miesiące wcześniej, 2 października 1923 roku. Ta płyta nagrobna we wszystkich, którzy na nią natrafili, budzi ciepły odruch współczucia. Nagle rodzice, niemieccy obszarnicy, których potomków nawet już tu nie ma, stają się bliscy. To ludzkie cierpienie Niemców przypomina Polakom nagle inne sytuacje, w których los niemiecki budzi współczucie.

Jeden z pacjentów, mający korzenie w Wielkopolsce, w odruchu chwili opowiada mi historię swego ojca, który w czasie wojny stał się faktycznym zarządcą majątku oficera Wehrmachtu. Był prawą ręką jego żony, uczestniczył nawet w wychowywaniu syna owego oficera, który Polaka prosił, aby męskim słowem wspierał matkę pod nieobecność ojca. A syn był wychowywany surowo i skromnie i w kulcie rzetelnej pracy przygotowywany do objęcia majątku. Tę rodzinę Polak szanował do tego stopnia, że gdy w 1945 roku nagle zbliżyła się Armia Czerwona, zaproponował w ostatniej chwili owemu oficerowi, że ich u siebie ukryje. Zdecydowali się jednak na ucieczkę na zachód, solennie zapewniając, że po wojnie Polaka z jego rodziną ściągną do Niemiec. Kilka lat po wojnie, gdy żadna wiadomość nie nadchodziła, Polak zlecił poszukiwanie tych Niemców przez Czerwony Krzyż. Nie zostali odnalezieni. Ojciec mojego rozmówcy, wiedząc o bestialstwie radzieckiej armii, do końca swych dni ze łzami w oczach mówił o nich z przekonaniem, że nie zdołali uciec i zginęli bezimiennie jak setki tysięcy innych Niemców. Wczoraj opowiedział mi to syn owego Polaka.

Ludzki los domaga się zawsze, by nigdy nie tonął w masie bez twarzy. A cierpienie nie ma narodowości.

Bernard Gaida

  • Dział: Blogi

Cień Łambinowic

To tytuł znanej książki autorstwa Edmunda Nowaka, ale zeszłego weekendu nagle ten tytuł ożył. Ożył nie tylko dlatego, że na kilka tygodni przyszło mi zamieszkać w Korfantowie/Friedland, który leży zaledwie siedem kilometrów od Łambinowic/Lamsdorf. Ale głównie dlatego, że świadomość długiego cienia powojennego obozu w Łambinowicach pośród mieszkańców tutejszych miejscowości nie została zapomniana i zepchnięta do kręgu pasjonatów historii. Ona żyje. Z historii wiemy, że większość osadzonych, a więc także ofiar tego obozu, to niemiecka ludność z wiosek otaczających Łambinowice. To dla nich niemodlińskie starostwo w lipcu 1945 roku postanowiło założyć „obóz koncentracyjny”, później zwany obozem pracy.

Tyle historia, która dzisiaj także staraniem mniejszości niemieckiej jest dość dobrze zbadana. Współczesny wymiar tego cienia przeżyłem w niedzielę, gdy w kościele parafii św. Trójcy w Korfantowie usłyszałem, że na Szwedzkiej Górce odbędzie się tego dnia „msza ślubowana” wsi Stara Jamka (Polnisch Jamke). Na tę mszę nie mogłem zdążyć. Pojechałem później. Zbliżając się do malowniczo położonego pośród łanów zboża kościoła pielgrzymkowego, z zaskoczeniem zobaczyłem mnóstwo aut, a wokół kaplicy odprawiana była droga krzyżowa. Przekonany, że to nadal pielgrzymi ze Starej Jamki, chciałem tylko zapytać o intencję owej mszy ślubowanej, gdy okazało się, że to już „ślubowana pielgrzymka” ze wsi Pogórze (Pogosch, Brandewalde). Przyłączyłem się do nabożeństwa w cieniu drzew otaczających kościół na Szwedzkiej Górce z pięknym widokiem Gór Opawskich. Zaskakiwała duża liczba ludzi jak na lokalną pielgrzymkę jednej wioski, a to już wywołało pytanie o historię tego ślubowania.

Jeden z najstarszych uczestników nabożeństwa spokojnie i pięknym językiem niemieckim wyjaśnił, że w 1945 roku Pogórz został wytypowany do wypędzenia mieszkańców i skierowania ich do obozu w Łambinowicach. Ten nakaz nigdy jednak nie został wykonany i mieszkańcy pozostali w swoich domach. Mówiło się, że stało się tak z powodu przepełnienia obozu, który w zasadzie miał być tylko obozem „przesiedleńczym” dla wypędzanych Niemców, których domy potrzebne były dla już przybyłych repatriantów. Ocaleni mieszkańcy uroczyście ślubowali, że od tego czasu rokrocznie w podzięce za ocalenie będą odbywali pielgrzymkę na Szwedzką Górkę. I nadal pamiętają i przychodzą.

Wtedy uświadomiłem sobie, że być może podobna intencja przyświeca mieszkańcom Starej Jamki i ich mszy ślubowanej. Kilka kilometrów od tej wioski leżą Rzymkowice (Ringwitz), gdzie na wjeździe wita wszystkich kaplica wotywna wybudowana przez mieszkańców w 1947, którzy w lutym 1945 ślubowali wybudowanie kaplicy jeśli „Pan Bóg naszą wioskę, nasz dobytek i rodzinne strony oraz nas wszystkich uchroni od nieszczęść wojennych i zniszczeń”. Uchronił ich i ich dobytek. To musiało dla nich być cudem, skoro kilkadziesiąt w ich sąsiedztwie leżących miejscowości do Lamsdorf trafiło. Kaplica stoi. Pielgrzymki i msze się odbywają. Pamięć tragicznego roku 1945 tutaj żyje.

Bernard Gaida

  • Dział: Blogi
Subskrybuj to źródło RSS