Log in

Misja w mediach społecznościowych

Każdy pamięta powieść Alberta Camus „Dżuma”. Epidemia zbierająca śmiertelne żniwo tam i teraz ma budzący lęk wymiar medyczny i egzystencjalny. Ale są też inne wymiary. Korek na granicy, zakazy wychodzenia z domu, kontrola obecności pod wskazanym adresem, samoorganizacja społeczeństwa przy niewydolności władzy to dla młodych ludzi całkiem nowe doświadczenie. Jednak zamknięte granice dla naszej części Europy jeszcze trzydzieści lat temu nie były przejściowym obostrzeniem, lecz normalną rzeczywistością. Zakaz wyjazdów zagranicznych, życie pod kontrolą, zakaz zgromadzeń były normą systemu socjalistycznego. A to z kolei wiązało się z mizerią gospodarczą, reglamentacją towarów i… upodleniem obywateli. Obalenie tego systemu zostało okupione życiem wielu ludzi w wielu krajach.

Godzinami możemy snuć opowieści o tamtym czasie i dlatego z namysłem należy nakładać i godzić się na ograniczenia, które mogą zmienić standardy ustrojowe państw. Pojawiają się już obawy, że obostrzenia, które w istocie są ograniczaniem praw obywatelskich, z obecnej konieczności mogą stać się normą. Mogą być wykorzystane przez polityków i partie, które w owej konieczności mogą szukać szansy na umocnienie swej pozycji nawet wbrew społeczeństwom. I nie dotyczy to tylko Polski. Dochodzą słuchy, że premier Orban zamierza zapewnić sobie możliwość rządzenia za pomocą dekretów. Zaś sobotnia wolta partii PiS, która pod pozorem tak potrzebnego pakietu dla gospodarki przemyciła rozwiązania mające upozorować możliwość przeprowadzenia w maju wyborów prezydenckich jest tego dowodem. Ryzykuje tak potrzebny, chociaż słabiutki pakiet dla gospodarki dla ciasnego interesu swej partii.

Te i inne sytuacje dowodzą, jak łatwo poprzez totalną izolację niszczyć nie tylko gospodarkę, ale także demokrację. Im więcej izolacji wprowadza państwo, tym bardziej władzy trzeba patrzeć na ręce. I widać wtedy, jak ważne stają się media społecznościowe. Stąd wiemy o kolejnych burmistrzach, którzy zapowiadają, że w czasie epidemii nie podejmą się organizacji wyborów w swoich gminach. Tutaj  przenosi się duszpasterstwo.  Powstają grupy modlitewne, standardem staje się transmisja mszy świętych na stronach FB czy You Tube. 

W normalnych czasach są u nas parafie, w których pomimo potrzeby nie odprawiało się mszy w języku niemieckim a obecnie mamy do dyspozycji całą ich listę. A hitem jest o godz. 20.00 wspólna modlitwa na streaming.airmax.pl/kamienslaski. Tam wraz z ks. dr. Piotrem Tarlinskim modli się ponad 2000 Niemców nie tylko z Polski, Niemiec czy Austrii, ale także z Czech, Słowacji a nawet ukraińskiej Odessy.

Bernard Gaida

  • Dział: Blogi

Zamknięty kościół

Tendencja, by pisać o pandemii koronawirusa, jest zaiste wielka. Niecodzienność naszej sytuacji przywraca jednak pamięci inne niecodzienne analogie. Zamknięte kościoły lub kościoły bez eucharystii to wstrząs, jakiego nie znamy ani z własnego życia, ani z historii Kościoła. Przeciwnie. Im było trudniej i im większe przerażenie budziła rzeczywistość, tym bardziej Kościół stawał się potrzebny.

Gdy w sobotę w pewnej rozmowie z historykiem pytałem go o podobne przypadki z przeszłości, usłyszałem, że bywało, iż w czasach zarazy do świątyni nie wpuszczano określonych ludzi, ale nigdy nie było tak, by biskupi zachęcali do opuszczenia mszy niedzielnej lub odprawiania jej bez wiernych. Wiele rzeczy dzieje się wokół nas po raz pierwszy i zapewne wiele się jeszcze takich rzeczy wydarzy. A jednak właśnie z historii przypomniała mi się opowieść, która obrazuje ból z powodu niemożności pójścia na mszę.

Wiele lat temu w Jarnołtówku spotkałem Niemkę, która przeżyła tam koniec wojny. Opowiadała, że mieszkańcy wioski na wiele miesięcy zostali stłoczeni w miejscowej szkole otoczonej płotem i zamienionej w obóz. W ten sposób musieli zwolnić swoje domy dla przybyłych ze wschodniej Polski repatriantów. Zza płotu owego w centrum wsi położonego obozu codziennie obserwowali rodzące się we wsi „nowe życie”. Widzieli nowych mieszkańców, słyszeli ich rozmowy, zastanawiali się, którzy z oglądanych ludzi zajęli ich dom, kto śpi w ich łóżku, jada w ich kuchni, podczas gdy oni w liczbie kilkuset śpią pokotem w klasach, a za jedzenie musi im starczać cienka zupa i trochę wydzielanego chleba. Psychicznie wykańczał ich los, którego nie znali. Rzekomo byli przeznaczeni do wywiezienia, ale dokąd, skoro całe miesiące nic się nie działo. Wegetowali pośród coraz bujniej rodzącej się polskiej rzeczywistości.

Jednak najgorsze przeżycie zapamiętała z zimy. I nie było to zimno, które im doskwierało. Najgorszym wspomnieniem były święta Bożego Narodzenia, kiedy widzieli Polaków odświętnie ubranych udających się na msze święte. Im, pomimo prośby, odmówiono możliwości pójścia do kościoła i odprawienia mszy. Podobno nie zgodził się ksiądz. Łzy były ich modlitwą, gdy słyszeli organy i śpiew przenikający mury świątyni. Płacząc, śpiewali w klasach swoje „Stille Nacht”. Ale ból, który rozsadzał ich serca, przetrwał te kilkadziesiąt lat.

Moja rozmówczyni płakała na samo wspomnienie. Ten ból słyszę dzisiaj u niektórych spośród nas.

Bernard Gaida

  • Dział: Blogi

Złodzieje ducha

W minionym tygodniu bohaterem jednej z najważniejszych rozmów w polskiej debacie publicznej został filozof i historyk idei Marcin Król. Uznał, że największą winą ludzi partii rządzącej jest to, że stali się złodziejami ducha. Stali się tymi, którzy usiłują z ludzi zrobić wyłącznie „zjadaczy chleba” po to, by mieć do czynienia z masą. Dlatego pozbawiają ludzi rzeczywistego związku z tradycją, z patriotyzmem i kulturą narodową.

Prof. Król powiedział to, mimo że od kilku lat mamy do czynienia z wybuchem rzekomych treści patriotycznych, więc pośrednio wskazał na zasadniczą różnicę pomiędzy autentycznym patriotyzmem a nacjonalizmem. Ów filozof, rozważając poziom klasy politycznej, i to nie tylko w Polsce, zwrócił uwagę też na fakt, że brak obecnie polityków łączących w sobie inteligencję, rozwój ducha i skuteczność. Za przykład polityka tego formatu wybrał Ottona von Bismarcka, w którym widział i cierpliwość (20 lat czekania na swój czas), i umiłowanie duchowości (obcowanie z poezją), i posiadanie wizji. Nam, Niemcom, nie powinna ujść uwagi ta wysoka ocena niemieckiego polityka i reformatora, który skutecznie budował nowoczesne i sprawiedliwe państwo z systemem opieki społecznej czy powszechną oświatą.

Prof. Król mówił o Polsce, a przecież trudno nie znaleźć analogii do sytuacji w Niemczech, zwłaszcza gdy krytykował opozycyjnych kandydatów startujących w kampanii wyborczej za brak wyrazistości i nierealną jak mantra powtarzaną kwestę „o byciu prezydentem wszystkich Polaków”. Demotywującą wyborców, którzy w kraju podzielonym oczekują od swych kandydatów jasnego sygnału nie do nierealnej walki o wszystkich, ale o klarowną większość. Także w Niemczech niemal wszyscy określają się jako polityczny środek – Mitte, a przecież wyborcy oczekują, by jedni byli lewicowi, a inni konserwatywni, by się różnili – po to, by oni mieli jakiś wybór. A nie bezideowy środek pomiędzy ekstremizmami.

To wydaje się niemieckim mimowolnym „złodziejem ducha”, pozbawiającym i tam rzeczywistego patriotyzmu, związku z tradycją i kulturą narodową. Tutaj możemy upatrywać przynajmniej częściowo przyczyn budzących zdziwienie symbolicznych wydarzeń, takich jak duże prawdopodobieństwo postawienia w Gelsenkirchen pomnika Włodzimierza I. Lenina z jednej strony, a z drugiej strony usunięcie przez Senat Berlina z listy jego honorowych obywateli Paula von Hindenburga.

Bernard Gaida

  • Dział: Blogi

Wybory prezydenta. Iść, nie iść?

Ze zdziwieniem w ostatnich dniach pośród znajomych spotykam się z tytułowym pytaniem: Czy warto pójść na wybory prezydenckie? Ze zdziwieniem, gdyż wydawało mi się oczywiste, że w sytuacji tak istotnego rozdarcia ideologicznego każdy świadomy obywatel na wybory się wybiera. Argumenty za tym, by nie pójść, są najczęściej oklepane, jak na przykład: „wszyscy są tacy sami”, „chodzi im tylko o pieniądze”, „a co to zmieni?” itd. Kiedy jednak przeczytałem w internecie, że przecież to sprawa Polaków, a co nas, Niemców, to obchodzi, postanowiłem napisać kilka słów na ten temat.

Zacznę od tego, że obecnie urzędujący prezydent Andrzej Duda, któremu zarzuca się bierne podpisywanie ustaw przychodzących z Sejmu, akurat w przypadku praw mniejszości narodowych zastosował weto. Była to pierwsza nowelizacja ustawy, którą prezydent skutecznie swoim sprzeciwem zablokował. Tamta nowelizacja ustawy o mniejszościach narodowych i etnicznych po latach przygotowań przewidywała ułatwienia w stosowaniu języków pomocniczych, np. wprowadzenie języka pomocniczego na poziom urzędów powiatowych, wprowadzała zasadę, że przedstawiciele mniejszości braliby udział w wyborze dyrektora szkoły, w której uczy się języka mniejszości, i kilka innych ułatwień. Wszystkie te zmiany przeszły przez Sejm i Senat… a odpadły na ostatnim etapie. Innym razem prosiliśmy prezydenta o zastosowanie weta, kiedy sędziów posiadających drugie obywatelstwo pozbawiano prawa wykonywania zawodu. Prezydent z niego nie skorzystał.

Już te przykłady pokazują, jak ważne jest, kto jest prezydentem i jakie ma poglądy na pozycję mniejszości narodowych i wielokulturowość. Jednocześnie wiemy, że do mniejszości narodowych w Polsce należy około 2% społeczeństwa. Niewiele. Ten niski udział sprawia, że problemy mniejszości narodowych nie leżą w głównym nurcie i w normalnym dyskursie nawet trudno się dowiedzieć, co dany kandydat czy partia na takie tematy sądzi. Trzeba się więc wsłuchiwać i pytać – i będziemy to robić w imieniu całej społeczności niemieckiej.

Róbmy to też indywidualnie. Nie ulegajmy złudzeniu, że może nam to być obojętne i że można zrezygnować z nadziei wyboru na głowę państwa człowieka szanującego demokrację, konstytucyjne zapisy i unijne standardy. Tam są zapisane wszystkie nasze prawa.

Bernard Gaida

  • Dział: Blogi

Co nas łączy?

Tydzień temu zapowiedziałem felieton o Niemcach w Kazachstanie. Odwiedzając ich, starałem się stawiać tytułowe pytanie: co nas łączy. Oceńcie sami.

W swojej istocie społeczność niemiecka pojawiła się na kazachskich stepach w wyniku deportacji Niemców z całego terytorium ZSRR w 1941 roku. Ich korzenie sięgają do krajów niemieckich z XVIII wieku, ale deportowano ich z Krymu, Ukrainy, Gruzji, a przede wszystkim znad Wołgi. Kiedy w wyniku upadku państwa radzieckiego obok innych państw odrywa się od Rosji Kazachstan, na jego terytorium żyje około miliona Niemców. Są złamani terrorem. Samą deportacją, a potem dyskryminacją językową, która sprawiła, że znikające pokolenie dziadków jest ostatnim mówiącym w życiu codziennym po niemiecku.

W wyniku podjętej przez Niemcy polityki wobec mniejszości niemieckich w Europie Wschodniej i byłym ZSRR przez kolejne lata rodziny niemieckie masowo podejmują starania o wyjazd na Zachód. Dzisiaj zostało ich w Kazachstanie 180 tysięcy. Wielu z nich także dziś przygotowuje się do wyjazdu do Niemiec, co wymaga od nich znajomości języka niemieckiego i związanej z nią kultury i historii. Wyjazd jako Spätaussiedler staje się możliwy po zdaniu swoistego egzaminu w ambasadzie Niemiec. Do szkółki niedzielnej w stolicy kraju uczęszczają więc też dzieci, których rodziny już zaplanowały wyjazd.

Z powodu wyjazdów liczba Niemców w Kazachstanie maleje, chociaż spotkałem także osoby, które z Niemiec powróciły i swoją znajomością języka służą mniejszości doskonale. A język jest piętą achillesową po latach dyskryminacji i wobec obecnego wypierania go ze szkół. W stolicy zarówno w katolickim, jak i ewangelickim kościele nie odprawia się nabożeństw po niemiecku, gdyż – jak mi powiedziano – nie ma wiernych, którzy znaliby ten język. Zresztą dotyczy to też języka polskiego, mimo że Polaków jest tam dużo. Bywa że odprawia się je na wioskach. Niestety nie było mi dane znaleźć się w niemieckiej wiosce, a nawet taksówkarze mi mówili, że to były najpiękniejsze wioski w kraju. Były, gdyż z powodu wyjazdów pustoszeją.

Moi rozmówcy w centrali mniejszości niemieckiej koncentrują się na realizacji projektów w 21 regionalnych organizacjach niemieckich, kładąc nacisk na młodzież i język, ale jednocześnie zastanawiają się, jak powstrzymać migrację swych członków do Niemiec. Tym bardziej że wielu z nich czyni to już nie z pobudek ekonomicznych, lecz by nie zamykać swym dzieciom drogi „na przyszłość”.

Bernard Gaida

  • Dział: Blogi

Linia historii

Stara prawda, że podróże kształcą, jest oczywistością. Może jeszcze ważniejszą byłaby prawda, że przełamują stereotypy. Takim właśnie stereotypem może być przeciętne wyobrażenie Kazachstanu, kojarzącego nam się ze spuścizną sowiecką, zacofaniem centralnej Azji, deportacją i Niemców, i Polaków w czasie wojny, a czasem i dyktaturą, skoro niepodzielne rządy sprawuje przez 28 lat bez przerwy Nursułtan Nazarbajew.

Po trzydniowym pobycie w stolicy tego kraju nie uważam się za eksperta, ale niewątpliwie przełamał on moje stereotypy. Nowoczesność i rozwój w skali nam nieznanej imponuje. Nowe miasto z centrum rządowym powstało z wizjonerstwa prezydenta tam, gdzie jeszcze kilkanaście lat temu był jedynie step. Dziś wznoszą się ku niebu nowoczesne wieżowce. Owa wizja prezydenta oparła to miasto na linii historii, którą miałem okazję widzieć z wysokości 25. piętra. W centrum stoi Wieża Niepodległości, która symbolizuje punkt zwrotny historii Kazachów. Od zarania swych dziejów ów lud nomadów żył w świecie nieokreślonym, co pokazuje dość chaotyczna, choć nowoczesna zabudowa, od niej wszystko staje się symetryczne i biegnące prostą linią ku siedzibie rządu, parlamentu, prezydenta aż po pałac religii w kształcie piramidy i pałac ludowy.

W tym mieście spotkałem się wielokrotnie z tradycyjną życzliwością i otwartością Kazachów, którzy od 1991 roku żyją w stanie permanentnych zmian politycznych, obyczajowych, a nawet językowych. Niepodległość od początku była procesem pokojowego, ale jednak wyzwalania się z zależności od Rosji, otwierania na świat. Zaznaczanie tego jest związane nie tylko z gospodarką, ale także z kulturą tego kraju, który w 70% zamieszkują Kazachowie, a w 25% etniczni Rosjanie. Tymczasem językiem kazachskim włada tylko 30% społeczeństwa.

Owa dominacja języka rosyjskiego sprawia, że polityka kulturalna nastawiona jest na popularyzację języka kazachskiego, co obok światowej pozycji angielskiego przysparza troski miejscowym Niemcom. Niestety w ten sposób język niemiecki, kiedyś tak popularny, że rokrocznie 300 tysięcy uczniów uczyło się go jako pierwszego obcego, dzisiaj znajduje się dopiero na czwartej pozycji. Spotkania z kazachstańskimi Niemcami i nie tylko już za tydzień.

Bernard Gaida

  • Dział: Blogi

Jubileuszowe przywracanie pamięci

Już w styczniu rozpoczęło się świętowanie 30-lecia istnienia kilku organizacji mniejszości niemieckiej w Polsce. Dwie największe z nich, czyli te, które działają w dwóch górnośląskich województwach, już swoje całoroczne obchody rozpoczęły. Jednak błędem jest i będzie, jeśli jubilaci nazywaliby to świętowanie jubileuszem powstania mniejszości niemieckiej. Niby oczywiste, jednak bywa, że niektórzy tak to rozumieją.

Pamiętam, że właśnie wtedy, na przełomie lat 1980/90, podnosiły się głosy oburzenia, że to niemożliwe i koniunkturalne, jeśli po kilkudziesięciu latach na terenie, gdzie żadnych Niemców nie było, powstają organizacje z setkami tysięcy Niemców. Dlatego zwłaszcza w roku jubileuszowym należy podkreślać z całą mocą, że trzydzieści lat temu dyskryminowani i uciśnieni kulturowo i językowo Niemcy, którym jeszcze w latach osiemdziesiątych zarówno Kościół ustami prymasa Glempa, jak i państwo ustami gen. Jaruzelskiego odmawiały uznania, udowodnili swoje trwanie na Śląsku, Pomorzu czy Prusach Wschodnich. Należy dziś uczcić wszystkich, którzy za to, że są Niemcami, cierpieli, ale przede wszystkim tych, którzy za podtrzymywanie języka, kultury niemieckiej w sobie i społeczności niemieckiej płacili bardzo wysoką cenę. System narodowej dyskryminacji powiązany z totalitaryzmem kontrolującym całe społeczeństwo zadbał o to, by swoje ofiary skazać na niepamięć. Dlatego tak ważne jest, by powołane z inicjatywy VdG do życia instytucje mogły faktycznie działać.

Myślę o Centrum Dokumentacyjno-Wystawienniczym Mniejszości Niemieckiej, które powstanie w Opolu, ale przede wszystkim o już działającym Centrum Badawczym Mniejszości Niemieckiej. Dzięki pracy tego zespołu powstały już dwie monografie naukowe, z których jedna zajmuje się stosunkiem polskich władz w latach 1945–1989 do ludności niemieckiej na Górnym Śląsku, a druga na Dolnym Śląsku, Pomorzu i Prusach Wschodnich. Lektura tych książek prowadzi nas do grup i konkretnych ludzi, którzy za swój opór wobec polonizacji, za swój negatywny stosunek do zmiany granic, za próby tworzenia stowarzyszeń niemieckich płacili w latach pięćdziesiątych najwyższą cenę wieloletniego więzienia, a nawet śmierci.

To nie na anonimowych ludzi spadły wyroki śmierci. Mieli rodziny i znajomych, a jednak nie potrafimy ich dzisiaj wymienić. Władza zadbała o ich wyparcie ze świadomości społecznej. W niektórych rozdziałach przywołanych publikacji padają ich nazwiska zapewne po raz pierwszy poza aktami służb bezpieczeństwa. Przywróćmy ich naszej pamięci!

Bernard Gaida           

  • Dział: Blogi

Ofiary zemsty zwycięzców

Ostatni czas obfitował w wiele refleksji wybiegających wstecz do strasznych lat powojennych z perspektywy Niemców w Rosji, Rumunii czy u nas. W izbie muzealnej Niemców w Marks i w Nowosybirsku w centralnym punkcie wisi słynny ukaz Stalina z sierpnia 1941 roku o deportacji Niemców na daleki wschód ZSRR. W rozmowie z każdą osobą przewija się informacja, gdzie urodził się ojciec czy dziadek, gdyż nikt z nich nie mieszka tam, skąd pochodzą jego przodkowie. Dla nas, zasiedziałych na Śląsku od pokoleń, brzmi to nieprawdopodobnie.

Jednak szczególne wrażenie wyniosłem z pobytu na uroczystościach w Reschitz w Rumunii, gdzie upamiętniano dziesiątki tysięcy Niemców deportowanych do ZSRR w 1945 roku. Dwa fakty utkwiły mi w pamięci. Mnóstwo obrazów, płaskorzeźb w drewnie stworzonych przez deportowanych z tej grupy, której dane było powrócić, jak również przez młodsze pokolenie artystów i amatorów zainspirowanych w ostatnich latach opowiadaniami o tamtej gehennie. W różnych technikach plastycznych pojawiają się te same elementy: wagony towarowe, trumny, żołnierze z czerwoną gwiazdą na czapce, zima, wnętrze kopalni, kościotrup, tobołki na plecach, prycze w barakach…

Drugie, co mi zapadło w pamięć, to spotkanie z kilkoma osobami, które były wtedy deportowane. Wszyscy powyżej 90. roku życia. Przewodniczący ich stowarzyszenia, 94-letni Bernhard Fischer, po nabożeństwie w kościele wygłosił przejmujące przemówienie, w którym nieoczekiwanie silnym głosem za przyczynę śmierci i cierpień rzeszy niewinnych ludzi tak w czasie wojny, jak i po wojnie uznał odrzucenie wartości chrześcijańskich zarówno przez nazizm, jak i komunizm. W konsekwencji wołał o powrót do nich jako jedynej gwarancji, że takie wydarzenia i czasy nie powrócą.

Napełniony jego słowami następnego dnia wraz z setkami ludzi wziąłem udział w nabożeństwie w łambinowickim kościele, modląc się za ofiary, ale także sprawców, słuchając fragmentu Ewangelii (Łk 6,35-38): „Wy natomiast miłujcie waszych nieprzyjaciół, czyńcie dobrze, niczego się za to nie spodziewając. A wasza nagroda będzie wielka i będziecie synami Najwyższego, ponieważ On jest dobry dla niewdzięcznych i złych. Bądźcie miłosierni jak Ojciec wasz jest miłosierny”.

To te wartości, a nie starotestamentowa i ciągle przez wielu wyznawana zasada „ząb za ząb” może uchronić świat od powtórki. Dlatego musimy upamiętniać nie tylko ofiary wojny, ale także czasu, w którym zgodnie z zasadą swoje krwawe żniwo zbierała zemsta zwycięzców. I nie wolno było aliantom ani na nią pozwalać, ani na nią przymykać oczu. Ona nie daje się pogodzić z chrześcijaństwem.

Bernard Gaida

  • Dział: Blogi
Subskrybuj to źródło RSS