Log in
Bernard Gaida

Bernard Gaida

Email: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript. URL strony:

Jak to nazwać?

Logiczne, że na gospodarkę inaczej patrzą przedsiębiorcy, a inaczej ich pracownicy. Jeszcze inaczej patrzą osoby osiągające wynagrodzenie z tzw. sfery budżetowej. Ale system społecznej gospodarki rynkowej ma to do siebie, że te różne spojrzenia w naturalny sposób szukają kompromisu. Dochodzi czasem do strajków, ale niemal zawsze kończą się one przy stole, gdzie strony przekonują się do swych racji. Kompromis zmusza strony do ustępstw.

Niedobrze, gdy państwo przybiera rolę tego, który zamiast dbać o warunki osiągnięcia kompromisu, zajmuje rolę arbitra narzucającego rozwiązania. Źle, gdy na dodatek rolę państwa przejmuje partia rządząca, owładnięta obsesją reelekcji, gdyż wtedy trudno o kompromis pomiędzy tymi, którzy jako przedsiębiorcy uzyskując zyski, dbając o rentowność, zapewniając sprawność techniczną, szukając rynków zbytu, zapewniają jednocześnie wpływy budżetowe – a tymi, którzy jako zatrudnieni zainteresowani są jak najwyższą redystrybucją owych zysków. Źle, gdyż zawsze zatrudnionych jest więcej niż zatrudniających, więc skłonność do nadmiernego obciążania tych drugich staje się naturalna.

Jednym z narzędzi takiej regulacji jest tzw. płaca minimalna. Do natury partii konserwatywnych w przeciwieństwie do partii lewicowych należy unikanie państwowej regulacji wynagrodzeń w sektorze wolnej gospodarki. Niemcy wprowadzili ją po raz pierwszy dopiero w 2015 roku, gdy po latach debat CDU uległa swemu koalicjantowi. Nie trzeba dodawać, że to oznacza, iż obecny stan społecznej gospodarki rynkowej i relatywnie wysokiego dobrobytu osiągnięto tam bez stosowania tego mechanizmu. Jest też inna przyczyna jej wprowadzenia. Regulacja ta ma na celu zwalczanie zbyt niskich płac oraz cen dumpingowych.

Zapowiedziany w Polsce gwałtowny wzrost płacy minimalnej służy generowaniu wzrostu płac, który oderwany od poziomu rentowności gospodarki w wielu branżach jej zaszkodzi, a ich wzrost stanie się przyczyną wzrostu cen i już przecież wysokiej inflacji. Spowoduje odpływ kolejnych firm do krajów sąsiednich, z niższymi obciążeniami kosztów pracy. Jeśli do tego dodać wszystkie pozostałe transfery społeczne, które przecież też obciążą koszty pracy, bądź koszty podatkowe, to niebezpieczeństwo staje się jeszcze większe. Tymczasem wydaje się, że celem tego ryzyka, z którego przecież premier i ministrowie muszą zdawać sobie sprawę, jest wyłącznie polityczny interes jednego ugrupowania. Jak to nazwać?

Bernard Gaida

  • Dział: Blogi

Jak długo jeszcze?

Analizując obchody 80. rocznicy wybuchu II wojny światowej, niestety miałem wrażenie, że im więcej patosu w obchodach, tym większy dowód dewaluacji zawartości słów i stojących za nimi wartości. Media wypuściły w świat słowa prezydenta Steinmeiera z Wielunia: „Chylę czoło przed ofiarami ataku na Wieluń, przed polskimi ofiarami niemieckiej tyranii i proszę o przebaczenie”. Kilka godzin później w Warszawie powiedział: „Proszę o przebaczenie za historyczną winę Niemiec i przyznaję się do naszej nieprzemijającej odpowiedzialności”.

Dzień później od znajomej osoby spoza Polski i Niemiec otrzymałem krótką wiadomość: „Jak długo/do kiedy członkowie narodu niemieckiego powinni/muszą prosić o przebaczenie? Dlaczego nowe pokolenia mają płacić za grzechy swoich przodków? Przecież nie mają z tym nic wspólnego?”. Sens tego pytania stał się szczególnie zrozumiały, gdy uświadomiłem sobie, że prośba Steinmeiera pozostała bez odpowiedzi. Być może dlatego, że traktuje się w Polsce słowa przeproszenia ze strony Niemiec za nie wymagające własnej refleksji czy odpowiedzi. Prosili tutaj o przebaczenie w 1994 roku Roman Herzog, w 1999 roku Johannes Rau. Kto dziś o tym pamięta? Zaledwie miesiąc temu przepraszał w Warszawie minister Heiko Maas. Po jego słowach wielu polskich publicystów i polityków bagatelizowało ich znaczenie, sprowadzając je do kwestii oczekiwania zgody na rekompensatę za wojnę.

Naprawdę w pamięć zapadły słowa polskich biskupów, które w 1965 roku powszechnie odrzucane wstrząsnęły jednak świadomością dlatego, że oparte były na wzajemności przebaczenia, której politycy – jak dzisiaj dobitnie widać – nigdy nie osiągnęli. Warto wczytać się we wspólne oświadczenie polskich i niemieckich biskupów wydane z okazji 40. rocznicy tamtej wymiany listów, by zrozumieć, że w relacjach polsko-niemieckich jesteśmy na etapie poprawności, ale nadal, a może znowu, daleko od prawdziwego pojednania: „Poruszające i wręcz prorocze słowa: przebaczamy i prosimy o przebaczenie, znacząco wpłynęły na bieg historii. (…) Dar pojednania może stać się naszym udziałem jedynie wówczas, gdy szczerze przyznajemy się do całej prawdy, wzbudzamy żal za przewinienia i uzyskujemy przebaczenie. (…) Tylko prawda może nas wyzwolić (por. J 8, 32); prawda, która niczego nie upiększa i niczego nie pomija, która niczego nie przemilcza i nie dopomina się wyrównania krzywd. (…) Jedynie wtedy, gdy przyznamy się do całej prawdy i jednocześnie wyrzekniemy się ducha wyliczania sobie krzywd, unikniemy jednostronnego patrzenia na własną historię i utorujemy drogę teraźniejszości do owocnej współpracy w przyszłości”.

Bernard Gaida

  • Dział: Blogi

Dlaczego wybierać Niemca do Sejmu?

Partie i inne ugrupowania stają w szranki wyborcze. Jak od lat, rzadko towarzyszy temu merytoryczna debata, a raczej populistyczne hasła i szukanie „haków”. Na tym tle Górny Śląsk wyborców przyzwyczaił do tego, że próbuje wprowadzić do Sejmu osoby, które niosą z sobą także treści regionalne. Pojawiają się także inni, a w tym „spadochroniarze” z Warszawy, którzy regionalne treści traktują taktycznie.

Naczelnym spadochroniarzem na Górnym Śląsku stał się sam premier. Odwiedza już od tygodni śląskie miejscowości, jak Ruda Śląska, Tychy, Bojszowy i oczywiście Katowice. Szkoły, domy seniora, pikniki rodzinne, prezentując dokonania rządu PiS, podkreślając dwuznacznie polskość Śląska i dokładając politycznym przeciwnikom. Czasem nawet burmistrzowie tych miast nie wiedzą o wizytach w obiektach przez nich utrzymywanych.

Obok takich nagłaśnianych wizyt rzekomo niemających związku z kampanią wyborczą podpisy zbierane są na listy innych ugrupowań, a tam pojawiają się prawdziwi reprezentanci opcji regionalnych. W Gliwicach zbiera je były dyrektor Muzeum Śląskiego w Katowicach, usunięty swego czasu za zbytnią otwartość na niemiecką zawartość śląskiej historii, Leszek Jodliński. Dziś zdecydował się w wyborach otwarcie reprezentować mniejszość niemiecką. Także w województwie opolskim mniejszość z posłem Ryszardem Gallą wczoraj pokazała całą listę i regionalne hasło „Opolskie ma znaczenie”.

Rozumiem je szerzej: Śląsk ma znaczenie. To prawda, że czasem ugrupowania i hasła regionalne reprezentują ciasną i zamkniętą tożsamość. Mniejszości niemieckie, tak u nas, jak i gdzie indziej, są regionalnymi ugrupowaniami z tożsamością otwartą na innych. Silna tożsamość niemiecka pozwala się bowiem otwierać i nie boi się inności. Dlatego ważne jest, by wyborcy takich regionalnych przedstawicieli do parlamentu wybrali i nie wierzyli, że to się dokona bez ich głosu. Ponieważ 30 lat po upadku PRL, 15 lat po wejściu do UE na Śląsku nadal dzieci nie uczą się jego historii, bo programy ustalane centralnie nie uznały tego za ważne. Ponieważ mimo że w naszym regionie mieszka największe skupisko mniejszości niemieckiej w Polsce i pomimo ratyfikacji Europejskiej karty języków regionalnych i mniejszościowych nie stworzono skutecznych rozwiązań dla faktycznego zaistnienia dwujęzyczności, a nawet istniejące rozwiązania edukacyjne ulegają pogorszeniu. Tych „ponieważ” jest naturalnie więcej.

Polski system wyborczy nie daje mniejszościom narodowym gwarancji na reprezentację parlamentarną i dlatego w obecnej kadencji pozostał już tylko jeden taki poseł. Nie mają swych posłów już ani Ukraińcy, ani Białorusini, tylko jeszcze Niemcy. A nie da się obronić wielokulturowości bez tych, dla których wielokulturowość nie jest teorią, ale własnym życiem.

Bernard Gaida

  • Dział: Blogi

Niesprawiedliwość kulturowa

Zaproszony zostałem do Wiesbaden przez Fundację Konrada Adenauera do wygłoszenia wykładu, w którym miałem podjąć próbę znalezienia syntezy pomiędzy współczesnymi oczekiwaniami Polaków, Niemców i wreszcie mniejszości niemieckiej w Polsce wobec Europy. Przyznaję, że temat karkołomny, co sprawiło, że nie udało mi się go zamknąć konkretną konkluzją. Raczej musiałem się skupić na różnicach tych oczekiwań.

Jednak podejmując w wykładzie wątek nas, Niemców mieszkających dzisiaj na Śląsku, Pomorzu, Warmii czy Mazurach, ponownie musiałem wytłumaczyć, dlaczego uważam, że wszyscy w wyniku powojennego przesunięcia granic i wypędzeń utracili swoją ojczyznę (Heimat). Różnica polega wyłącznie na tym, że jedni utracili ją w sensie terytorialnym, a my, którzy w swej geograficznej krainie nadal mieszkamy, utraciliśmy ją kulturowo. I właściwie nie wiadomo, który rodzaj utraty ojczyzny jest bardziej dotkliwy.

Moja kilkudniowa wyprawa przez Śląsk i Czechy do Bayreuth na wyczekiwane od roku szczęście wysłuchania w tej świątyni Wagnera „Tannhäusera”, jednego z jego największych dzieł, znowu boleśnie uświadomiła mi, jak bardzo my, Niemcy w Polsce, zostaliśmy oderwani od swej kultury. To nie tylko język przecież, ale to cała literatura, historia i sztuka, którą powinniśmy byli poznawać od dziecka i z każdą klasą szkolną być bliżej jej skarbów. Tymczasem i w otoczeniu, i w treści naszego wykształcenia pozyskujemy niemal wyłącznie obce wzorce, historię niemającą związku z naszą ojczyzną i zwiedzając miejsca historyczne w niej, łapiemy się na tym, że obca nam jest historia wojny trzydziestoletniej albo że nie wiemy, że każdorazowo król czeski był elektorem Rzeszy wybierającym cesarza Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego. Natomiast dzieci na Śląsku uczą się o powstaniu Chmielnickiego na Ukrainie czy potopie szwedzkim, które nawet minimalnie nie otarły się o Śląsk.

Kiedy bardziej świadomi z nas podejmują jako dorośli ludzie wysiłek poznawania swojej kultury, nadrabiają wieloletnie braki. Dobrze jednak, kiedy tę niesprawiedliwość w ogóle rozumiemy, bo to warunek podjęcia wysiłku niezbędnego dla własnej tożsamości. I w tym kontekście ucieszył mnie komentarz pod moim postem na Facebooku, że życia nie wystarczy, by głębię swego kulturowego dziedzictwa poznać. Komentator napisał, że to dlatego, że zostały nam zrabowane lata 1945–89. Jednak i po 1989 roku tylko własnym wysiłkiem i siłą woli możemy to przezwyciężyć. Nasza tożsamość naprawdę nadal pozostaje wyłącznie w naszych rękach, a nie w szkolnych programach nauczania, które raczej jej dobrze nie służą.

Bernard Gaida

  • Dział: Blogi
Subskrybuj to źródło RSS