Log in
Bernard Gaida

Bernard Gaida

Email: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript. URL strony:

Linia historii

Stara prawda, że podróże kształcą, jest oczywistością. Może jeszcze ważniejszą byłaby prawda, że przełamują stereotypy. Takim właśnie stereotypem może być przeciętne wyobrażenie Kazachstanu, kojarzącego nam się ze spuścizną sowiecką, zacofaniem centralnej Azji, deportacją i Niemców, i Polaków w czasie wojny, a czasem i dyktaturą, skoro niepodzielne rządy sprawuje przez 28 lat bez przerwy Nursułtan Nazarbajew.

Po trzydniowym pobycie w stolicy tego kraju nie uważam się za eksperta, ale niewątpliwie przełamał on moje stereotypy. Nowoczesność i rozwój w skali nam nieznanej imponuje. Nowe miasto z centrum rządowym powstało z wizjonerstwa prezydenta tam, gdzie jeszcze kilkanaście lat temu był jedynie step. Dziś wznoszą się ku niebu nowoczesne wieżowce. Owa wizja prezydenta oparła to miasto na linii historii, którą miałem okazję widzieć z wysokości 25. piętra. W centrum stoi Wieża Niepodległości, która symbolizuje punkt zwrotny historii Kazachów. Od zarania swych dziejów ów lud nomadów żył w świecie nieokreślonym, co pokazuje dość chaotyczna, choć nowoczesna zabudowa, od niej wszystko staje się symetryczne i biegnące prostą linią ku siedzibie rządu, parlamentu, prezydenta aż po pałac religii w kształcie piramidy i pałac ludowy.

W tym mieście spotkałem się wielokrotnie z tradycyjną życzliwością i otwartością Kazachów, którzy od 1991 roku żyją w stanie permanentnych zmian politycznych, obyczajowych, a nawet językowych. Niepodległość od początku była procesem pokojowego, ale jednak wyzwalania się z zależności od Rosji, otwierania na świat. Zaznaczanie tego jest związane nie tylko z gospodarką, ale także z kulturą tego kraju, który w 70% zamieszkują Kazachowie, a w 25% etniczni Rosjanie. Tymczasem językiem kazachskim włada tylko 30% społeczeństwa.

Owa dominacja języka rosyjskiego sprawia, że polityka kulturalna nastawiona jest na popularyzację języka kazachskiego, co obok światowej pozycji angielskiego przysparza troski miejscowym Niemcom. Niestety w ten sposób język niemiecki, kiedyś tak popularny, że rokrocznie 300 tysięcy uczniów uczyło się go jako pierwszego obcego, dzisiaj znajduje się dopiero na czwartej pozycji. Spotkania z kazachstańskimi Niemcami i nie tylko już za tydzień.

Bernard Gaida

  • Dział: Blogi

Jubileuszowe przywracanie pamięci

Już w styczniu rozpoczęło się świętowanie 30-lecia istnienia kilku organizacji mniejszości niemieckiej w Polsce. Dwie największe z nich, czyli te, które działają w dwóch górnośląskich województwach, już swoje całoroczne obchody rozpoczęły. Jednak błędem jest i będzie, jeśli jubilaci nazywaliby to świętowanie jubileuszem powstania mniejszości niemieckiej. Niby oczywiste, jednak bywa, że niektórzy tak to rozumieją.

Pamiętam, że właśnie wtedy, na przełomie lat 1980/90, podnosiły się głosy oburzenia, że to niemożliwe i koniunkturalne, jeśli po kilkudziesięciu latach na terenie, gdzie żadnych Niemców nie było, powstają organizacje z setkami tysięcy Niemców. Dlatego zwłaszcza w roku jubileuszowym należy podkreślać z całą mocą, że trzydzieści lat temu dyskryminowani i uciśnieni kulturowo i językowo Niemcy, którym jeszcze w latach osiemdziesiątych zarówno Kościół ustami prymasa Glempa, jak i państwo ustami gen. Jaruzelskiego odmawiały uznania, udowodnili swoje trwanie na Śląsku, Pomorzu czy Prusach Wschodnich. Należy dziś uczcić wszystkich, którzy za to, że są Niemcami, cierpieli, ale przede wszystkim tych, którzy za podtrzymywanie języka, kultury niemieckiej w sobie i społeczności niemieckiej płacili bardzo wysoką cenę. System narodowej dyskryminacji powiązany z totalitaryzmem kontrolującym całe społeczeństwo zadbał o to, by swoje ofiary skazać na niepamięć. Dlatego tak ważne jest, by powołane z inicjatywy VdG do życia instytucje mogły faktycznie działać.

Myślę o Centrum Dokumentacyjno-Wystawienniczym Mniejszości Niemieckiej, które powstanie w Opolu, ale przede wszystkim o już działającym Centrum Badawczym Mniejszości Niemieckiej. Dzięki pracy tego zespołu powstały już dwie monografie naukowe, z których jedna zajmuje się stosunkiem polskich władz w latach 1945–1989 do ludności niemieckiej na Górnym Śląsku, a druga na Dolnym Śląsku, Pomorzu i Prusach Wschodnich. Lektura tych książek prowadzi nas do grup i konkretnych ludzi, którzy za swój opór wobec polonizacji, za swój negatywny stosunek do zmiany granic, za próby tworzenia stowarzyszeń niemieckich płacili w latach pięćdziesiątych najwyższą cenę wieloletniego więzienia, a nawet śmierci.

To nie na anonimowych ludzi spadły wyroki śmierci. Mieli rodziny i znajomych, a jednak nie potrafimy ich dzisiaj wymienić. Władza zadbała o ich wyparcie ze świadomości społecznej. W niektórych rozdziałach przywołanych publikacji padają ich nazwiska zapewne po raz pierwszy poza aktami służb bezpieczeństwa. Przywróćmy ich naszej pamięci!

Bernard Gaida           

  • Dział: Blogi

Ofiary zemsty zwycięzców

Ostatni czas obfitował w wiele refleksji wybiegających wstecz do strasznych lat powojennych z perspektywy Niemców w Rosji, Rumunii czy u nas. W izbie muzealnej Niemców w Marks i w Nowosybirsku w centralnym punkcie wisi słynny ukaz Stalina z sierpnia 1941 roku o deportacji Niemców na daleki wschód ZSRR. W rozmowie z każdą osobą przewija się informacja, gdzie urodził się ojciec czy dziadek, gdyż nikt z nich nie mieszka tam, skąd pochodzą jego przodkowie. Dla nas, zasiedziałych na Śląsku od pokoleń, brzmi to nieprawdopodobnie.

Jednak szczególne wrażenie wyniosłem z pobytu na uroczystościach w Reschitz w Rumunii, gdzie upamiętniano dziesiątki tysięcy Niemców deportowanych do ZSRR w 1945 roku. Dwa fakty utkwiły mi w pamięci. Mnóstwo obrazów, płaskorzeźb w drewnie stworzonych przez deportowanych z tej grupy, której dane było powrócić, jak również przez młodsze pokolenie artystów i amatorów zainspirowanych w ostatnich latach opowiadaniami o tamtej gehennie. W różnych technikach plastycznych pojawiają się te same elementy: wagony towarowe, trumny, żołnierze z czerwoną gwiazdą na czapce, zima, wnętrze kopalni, kościotrup, tobołki na plecach, prycze w barakach…

Drugie, co mi zapadło w pamięć, to spotkanie z kilkoma osobami, które były wtedy deportowane. Wszyscy powyżej 90. roku życia. Przewodniczący ich stowarzyszenia, 94-letni Bernhard Fischer, po nabożeństwie w kościele wygłosił przejmujące przemówienie, w którym nieoczekiwanie silnym głosem za przyczynę śmierci i cierpień rzeszy niewinnych ludzi tak w czasie wojny, jak i po wojnie uznał odrzucenie wartości chrześcijańskich zarówno przez nazizm, jak i komunizm. W konsekwencji wołał o powrót do nich jako jedynej gwarancji, że takie wydarzenia i czasy nie powrócą.

Napełniony jego słowami następnego dnia wraz z setkami ludzi wziąłem udział w nabożeństwie w łambinowickim kościele, modląc się za ofiary, ale także sprawców, słuchając fragmentu Ewangelii (Łk 6,35-38): „Wy natomiast miłujcie waszych nieprzyjaciół, czyńcie dobrze, niczego się za to nie spodziewając. A wasza nagroda będzie wielka i będziecie synami Najwyższego, ponieważ On jest dobry dla niewdzięcznych i złych. Bądźcie miłosierni jak Ojciec wasz jest miłosierny”.

To te wartości, a nie starotestamentowa i ciągle przez wielu wyznawana zasada „ząb za ząb” może uchronić świat od powtórki. Dlatego musimy upamiętniać nie tylko ofiary wojny, ale także czasu, w którym zgodnie z zasadą swoje krwawe żniwo zbierała zemsta zwycięzców. I nie wolno było aliantom ani na nią pozwalać, ani na nią przymykać oczu. Ona nie daje się pogodzić z chrześcijaństwem.

Bernard Gaida

  • Dział: Blogi

Tylko Tragedia Górnośląska?

Styczeń dla Niemców żyjących w krajach Europy Środkowej i Wschodniej to miesiąc bolesnych wspomnień. To wspomnienia coraz częściej już nie własne. W domach doświadczaliśmy tego, że nasi rodzice czy dziadkowie nie chcieli obciążać swych rodzin bólem pamięci roku 1945. Tym bardziej ważne są wszelkie obchody tej tragedii, którą na Śląsku przyzwyczailiśmy się nazywać Tragedią Górnośląską. W niedzielę w Gliwicach złożyłem wieniec poświęcony pomordowanym przez czerwonoarmistów czy przez załogi polskich tzw. obozów pracy. Już tam wyjaśniałem, dlaczego jako społeczność niemiecka w Polsce staramy się nadać tegorocznym obchodom szerszą perspektywę.

We wtorek leciałem do Nowosybirska, gdzie otworzyłem wystawę o mniejszościach niemieckich w 25 krajach. Wystawę zorganizowano na Syberii, gdyż w 1941 roku zostali tam zesłani Niemcy nadwołżańscy. Stamtąd leciałem wprost do Reschitzy w Rumunii, gdzie wziąłem udział w upamiętnieniu niemieckich ofiar deportacji do ZSRR. W ostatnich kilku latach jako przewodniczący AGDM brałem udział w upamiętnieniach niemieckich ofiar obozów, zagłodzenia, internowania i tortur w Serbii i Chorwacji.

19 stycznia odbył się na Węgrzech kolejny już, w 2012 roku uchwalony przez parlament, Narodowy Dzień Upamiętnienia Wypędzenia Niemców Węgierskich. Pełnomocnik Rządu Federalnego Bernd Fabritius powiedział tam: „Węgierskie upamiętnienie ofiar własnej niesprawiedliwości w przeszłości dowodzi poważnego historycznego sumienia. Takie postępowanie domaga się wielkiej czci i ukazania Węgier jako wzoru dla Europy”. Wszędzie na wschód od Odry zwycięzcy wojny wobec Niemców zastosowali odpowiedzialność zbiorową. Rozciągnięto ją na wszystkich wraz z dziećmi, starcami i kobietami.

Główny oskarżyciel z ramienia USA w procesie norymberskim Robert H. Jackson wtedy powiedział: „To, czego świat na pewno nie potrzebuje, to idea, by jednych wyzwolić z obozów koncentracyjnych, a innych tam osadzić. A jednak tak właśnie się stało!”. Wszystko to dowodzi powszechności tego, co potocznie zwykliśmy ograniczać do Górnego Śląska, a tymczasem należy pochylić się także nad Niemcami nie tylko z Pomorza czy Warmii, ale też z Węgier czy Rumunii. I ważne jest, by zaznaczyć, że tych ważnych obchodów w Łambinowicach, Świętochłowicach czy Potulicach nie może nikt interpretować jako relatywizowanie historii, lecz jako jej wypełnienie po latach przemilczania.

Bernard Gaida

82360127 2911075185590290 7124311048445755392 n

Foto: Bernard Gaida

  • Dział: Blogi
Subskrybuj to źródło RSS