Log in

Pascal a druga fala pandemii

W filozofii znany jest zakład Pascala, który uznał, że skoro rozumem nie da się udowodnić istnienia Boga ani tego, że On nie istnieje, rozsądnie jest założyć, że istnieje. W ten sposób będziemy żyli dobrze, by zasłużyć na życie wieczne, a gdyby się miało okazać, że żadnego Boga albo życia po śmierci nie ma, to niczego nie straciliśmy, żyjąc dobrze. Gorzej byłoby założyć odwrotnie: że Boga nie ma, żyć bez przykazań, by się na końcu jednak przekonać, że straciliśmy życie wieczne z Nim w niebie.

To oczywiście moje streszczenie myśli wielkiego filozofa, która wydaje się ważna w obecnym czasie. Internet, rozmowy prywatne, media, zgromadzenia uliczne skupiają się bowiem już nie tylko na polityce, ale także na pytaniu, czy pandemia w ogóle istnieje. Kolejna okazja do podziału w społeczeństwie, protestów i ataków. Na ogłoszenie obostrzeń, których synonimem stała się maska ochronna, pojawiły się postawy niestosowania się do nich. Jedne – demonstracyjne, w postaci nawet ulicznych protestów. Inne są cichym, ale widocznym ignorowaniem nakazów. Niechlubnym przykładem są nawet duchowni, którzy pomimo dekretu biskupa opolskiego nadal komunikują bez maski, nie rozdzielają tych, którzy przyjmują komunię do ust, od tych, którzy chcą ją bardziej higienicznie przyjąć na rękę. Przykłady można mnożyć. Protesty przeciw pandemii zdarzają się również w innych krajach, także w Niemczech, a jednak nie zmieniają one faktu, że komunia rozdzielana jest tam wyłącznie na rękę, że w berlińskich kościołach wolno zajmować w kościele tylko co drugą ławkę, że wchodząc do kościoła (ale i do restauracji), trzeba na formularzu podać swoje dane.

Wczoraj spojrzałem na mapę Europy z zaznaczeniem liczby zakażeń na 100 tys. mieszkańców. Niemal całe Niemcy mają ich poniżej 35, a wszystkie kraje je otaczające, z Polską włącznie, zdecydowanie powyżej 50, a nawet 100. Zamiast więc kłócić się o to, czy to jest pandemia czy nie, zastosujmy sposób myślenia Pascala. Skoro nie mamy wspólnego zdania, to załóżmy dla naszego wspólnego dobra, że niebezpieczeństwo jednak nas otacza i że zachowanie odległości, noszenie maski przed nim chroni. Jeśli pandemii nie ma, to poza dłuższym czasem w domu, częstszym myciem, rzadszym świętowaniem uroczystości niczego nie ryzykujemy, a jeśli ona jest, to może uratujemy swoje lub czyjeś życie. A ponadto zdyscyplinowane społeczeństwo nie będzie musiało pozamykać wszystkiego i zamknąć się w domach.

Bernard Gaida

  • Dział: Blogi

Czyste ręce w historii

Dość popularnym stwierdzeniem, a nawet truizmem jest zdanie, że w historii nie ma państw, których czyny byłyby zawsze sprawiedliwe, a ręce czyste. A jednak bardzo łatwo społeczeństwa ulegają temu złudzeniu, a dotyczy to zwłaszcza wszelkich rocznic chwalebnych wysiłków bitewnych. Całe narody potrafią zapomnieć, że wszystko należy widzieć we właściwych proporcjach, a wojen unikać.

Już od kilku dni zastanawiam się nad znaczeniem Bitwy Warszawskiej zwanej Cudem nad Wisłą, ale także nad epoką i ludźmi, którzy wtedy funkcjonowali. Jest ona przecież elementem wojny polsko-bolszewickiej, która faktycznie trwała w latach 1919–1921 i zakończyła się traktatem zawartym w marcu 1921 w Rydze. Wojna ta de facto była wynikiem dwóch sprzecznych interesów. Polska po powrocie na mapę w wyniku zakończenia I wojny światowej usiłowała na wschodzie dojść do granicy przedrozbiorowej, a bolszewicy usiłowali możliwie daleko zakreślić swoją strefę wpływów. Armia Czerwona w pewnym jej momencie podeszła pod Warszawę, co doprowadziło do słynnej bitwy, której setna rocznica zbiegająca się ze świętem Wniebowzięcia Maryi Panny właśnie minęła.

Widzimy jednak, że daty zmagania się Polski z armią ZSRR dla Litwinów pokrywają się z datą zbrojnego zajęcia Wilna przez Polaków w październiku 1920 roku, Ukraińcom kojarzy się ze zdradą ich interesów poprzez jej podzielenie pomiędzy Polskę i ZSRR, a dla Ślązaków ten czas to okres konfliktów na Górnym Śląsku. Konfliktów, które – jak wiemy dzisiaj coraz dokładniej dzięki nowym publikacjom – nie były nawet bratobójczą walką Ślązaków, ale sterowanym i opłacanym przez polski wywiad wojskowy działaniem dywersyjnym na terenie Republiki Weimarskiej. Aż trudno uwierzyć, że armia walcząca na wschodzie z naporem sowieckim cały czas równocześnie prowadziła kosztowne i nielegalne działania na terenie innego państwa na zachodzie. Napięcia narodowościowe i socjalne zostały skrzętnie wykorzystane, co stało się właśnie przyczyną walk zwanych dzisiaj II Powstaniem Śląskim.

Właśnie 17.08.1920 r. w Katowicach najpierw polała się krew niemieckich, nieuzbrojonych demonstrantów, do których strzelali francuscy żołnierze, co spowodowało agresję tłumu i samosąd wobec polskiego działacza, a to wszystko zamiast zgodnie z intencją Ligi Narodów przygotowującą plebiscyt załagodzić, wzmożono wezwaniem do strajku generalnego. Wezwanie Korfantego de facto wywołało działania militarne oddziałów już przygotowanych, które pociągnęły za sobą kolejne ofiary, rabunki, samosądy i podpalenia.

Patrząc na te wydarzenia z perspektywy stu lat, wiem, że pierwsze zdanie tego tekstu jest prawdziwe, tak jak prawda znaleziona w przepaściach internetu: „Przestańcie uczyć swoje dzieci, że wojna oznacza chwałę i bohaterstwo. Nauczcie je tego, że prawdziwą chwałą jest zapobieganie wojnie, zaś bohaterami są ludzie, którzy potrafią tego dokonać”.

Bernard Gaida

  • Dział: Blogi

Bernard Smolarek

Zawsze, kiedy umiera ktoś, kto był mi na różny sposób bliski, staram się poświęcić mu swoją rubrykę. Bernarda Smolarka mogłem poznać jedynie dzięki mniejszości niemieckiej. To ta wspólnota skrzyżowała nasze drogi, i to u początków, czyli trzydzieści lat temu.

On się wtedy oddał całkowicie i z determinacją stworzeniu organizacji i jej struktur w nieistniejącym dzisiaj województwie częstochowskim, a ja – budowaniem pierwszego samorządu lokalnego w Dobrodzieniu. Zrobił to z sukcesem w tym województwie, w którym tylko skrawek należał do Śląska. Jako organizacja wyprzedziliśmy nawet „opolską” mniejszość niemiecką. Samorząd był mu także bliski. W 1998 roku obydwaj staliśmy się radnymi pierwszej Rady Powiatu w Oleśnie. Wtedy nasza współpraca stała się bardziej codzienna.

Smolarek utożsamiał dla mnie najbardziej podstawowe cechy śląskie. Był człowiekiem spokojnym, nawet cichym, sympatycznie, czasem tajemniczo uśmiechniętym, a przy tym pracowitym i skutecznym. Najsilniejszą miarą tej skuteczności jest stojąca w Oleśnie tzw. szkoła dwujęzyczna, która mogła powstać dzięki niemieckim dotacjom tylko z głębokiego przekonania Bernarda Smolarka, że pierwszą potrzebą Ślązaków po latach dyskryminacji językowej i kulturowej jest powrót do języka niemieckiego. Że tylko poprzez język Niemcy śląscy obronią swoją tożsamość. Swym przekonaniem zaraził zarówno urzędników niemieckich, jak i polskich. Czy zaraził nim także samych Ślązaków? Szkoła istnieje, ale władze Olesna, którym ją przekazał, powinny się zastanowić, czy i w jakim stopniu realizuje ona dziedzictwo jej twórcy. To jedyna szkoła, jaką Republika Federalna Niemiec wybudowała na potrzeby oświaty dla mniejszości niemieckiej.

Po reformie administracyjnej przyszedł czas na zmiany w samej mniejszości niemieckiej. Było mu wyjątkowo trudno przyjąć decyzję większości, że skoro przestało istnieć województwo częstochowskie, a Olesno stało się powiatem w województwie opolskim, to i założona przez niego organizacja powinna połączyć się z TSKN w Opolu. Silnie rozważał utrzymanie odrębnej struktury organizacyjnej. Chociaż wtedy optowałem za połączeniem, to dzisiaj zadaję sobie pytanie, czy przypadkiem nie miał racji Smolarek i czy nie byłaby mniejszość niemiecka w Gorzowie, Dobrodzieniu czy Lublińcu silniejsza, gdyby miała swoją centralę w Oleśnie.

Ale on słuchał i szanował ludzi i nie upierał się przy swoim zdaniu. To sprawiło, że do końca życia obdarzano go szacunkiem i cieszył się w Oleśnie wielkim autorytetem. Dla mnie też tym autorytetem pozostanie.

Bernard Gaida

  • Dział: Blogi

Brak zaufania

Gdy w wiadomościach usłyszałem, że wyrokiem Sądu Najwyższego wybory prezydenckie i ich wynik uznano za ważny, pomyślałem oczywiście o minimalnej skali tego zwycięstwa. Potem wysłuchałem szeregu komentarzy, których należało się przy takiej minimalnej przewadze zdobytej tak ogromnym kosztem społecznym spodziewać. Właściwie odrzucono wszystkie protesty wyborcze, których większość kwestionowała zaangażowanie całego aparatu państwowego na rzecz jednego z kandydatów. Aparatu państwowego utrzymywanego z podatków wszystkich obywateli, a więc i tych, którzy na prezydenta Dudę nie chcieli głosować.

Formalnie wynik uznany, a jednak pozostaje jakiś potencjalny brak.  Nie wiem, czy zasłyszane wydarzenie jest prawdziwe, ale usłyszałem, że w czasie któregoś z maratonów biegnący cały czas na czele Kenijczyk na krótko przed metą niewłaściwie odczytał oznakowanie i sądząc, że dobiegł do mety, zwolnił. Biegnący za nim zawodnik, niewiele myśląc, pchnął go do przodu i w ten sposób Kenijczyk pierwszy ją przekroczył. Ów drugi, pytany, dlaczego po prostu nie wykorzystał tego i nie stanął na najwyższym stopniu podium, zdziwiony odpowiedział: „Ale co by mama powiedziała, przecież ten Kenijczyk prowadził cały czas”. Morałem z tego wydarzenia jest uczciwość, a z nim związane zaufanie.

Zaufanie przeżywa dzisiaj wyraźny kryzys, i to nie tylko w Polsce. Sobotnia demonstracja sprzeciwu wobec polityki związanej z pandemią Covid-19, która w Berlinie zgromadziła według jednych kilkanaście tysięcy, a według innych milion protestujących, sama w sobie była także wynikiem teorii, że koronawirus jest bytem raczej politycznym niż medycznym, opierała się na braku zaufania do rządzących, mediów mainstreamowych oraz naukowców.  Społeczeństwa tracą zaufanie do instytucji, które kiedyś były bastionami zaufania społecznego.  Wystarczy spojrzeć na Kościół, tracący zaufanie poprzez wstrząsające nim skandale pedofilskie, ale także takie wydarzenia jak urządzony z gorszącą pompą powtórny ślub prominentnego polityka o mocno nadwerężonej opinii po stwierdzeniu nieważności poprzedniego.

Stare przysłowie mówi, że pycha kroczy przed upadkiem. Upadek wyniknie z braku zaufania, którego poczucie w różnych sferach niebezpiecznie narasta. Kryzysem zaufania targana jest Unia Europejska i NATO, nie wierzymy mediom. Lecz czy można żyć bez zaufania do rządzących, procedur, norm, a nawet do lekarzy? Czy kryzys zaufania nie przerwie procesów integracyjnych, które budziły tak wielką nadzieję? Odbudowa zaufania wymaga powrotu do tak prostych prawd, jak owo „a co by mama powiedziała?”. Tylko tyle i aż tyle, że wydaje się niemożliwe.

Bernard Gaida

  • Dział: Blogi

Refleksja nad czasem minionym

W zeszłym tygodniu udział w konferencji w Monachium pozwolił mi zrealizować pewien od dawna istniejący plan. Związany on jest z witrażami w kościele św. Marii Magdaleny w moim rodzinnym Dobrodzieniu. Od zawsze urzekały mnie one zarówno swoją nowotestamentową głębią, jak i nowoczesnością wyrazu. Czytając na jednym z nich, że datowane są na 1934 rok, dziwiłem się jako uczeń, że wydają się nowocześniejsze od sztuki religijnej, która powstawała we współczesnych mi latach siedemdziesiątych. Dopiero niedawno dzięki projektowi realizowanemu przez dobrodzieński DFK dowiedziałem się, że wyszły spod ręki znanego niemieckiego artysty modernistycznego Bertholda Müllera-Oerlinghausena. Od tego momentu zaczęło się moje zainteresowanie tym artystą, którego innym równie modernistycznym dziełem jest znajdujący się w Pile (Schneidemühl) ogromny, podobno największy w Europie drewniany krucyfiks.

Artysta, który w czasie realizacji naszych witraży współpracował z Ostdeutsche Werkstätten w Nysie i Wrocławiu, urodził się w Westfalii, kształcił w Berlinie i do 1940 roku tam tworzył. Najprawdopodobniej tam w swoim atelier projektował owe imponujące witraże, które nieprzerwanie zdobią nasz kościół.  Kiedy jego atelier w czasie bombardowania Berlina całkowicie zostało zniszczone, przeniósł się do Kressbronn nad Bodensee i tam pracował i żył do swojej śmierci w 1979 roku.

W minionym tygodniu znalazłem się przed jego domem malowniczo położonym nad brzegiem jeziora. I chociaż z powodu pandemii muzeum zawierające jego dzieła jest niedostępne, to i tak miałem wrażenie, że jadąc z Dobrodzienia do tego odległego miejsca, poruszałem się w obrębie jednego, niemieckiego kręgu kulturowego, który w czasie powstawania naszych witraży nie był podzielony żadnymi granicami. Ani politycznymi, ani kulturowymi, a tym bardziej językowymi.

Refleksja nad czasem minionym ciśnie się nieodparcie, zwłaszcza że na początku sierpnia będziemy obchodzić 70. rocznicę powstania „Karty niemieckich wypędzonych”.  To ona wtedy, sformułowana przez Ślązaków, Pomorzan, Warmiaków, Niemców sudeckich i tylu innych grup Niemców, dobitnie wskazała na krzywdę powojennych wysiedleń, utraty ojczyzny i wykorzenienia kulturowego, ale jednocześnie wskazywała jedyną drogę przezwyciężenia tego procesu poprzez budowanie pokojowej i zintegrowanej Europy.

Bernard Gaida

  • Dział: Blogi

Po wyborze

Wyborczy wynik przypomniał mi referendum decydujące o brexicie, którego wynik wyniósł 51,89% za i 48,11% przeciw. Komentowano, że to niemal niemożliwe, by tak poważną decyzję dla przyszłości kraju można było podjąć tak nieznaczną większością głosów. Prezydent w Polsce przejmie swój urząd na podstawie jeszcze mniejszej przewagi głosów. A jednak werdykty demokratyczne należy szanować, więc zarówno następuje wyjście Wielkiej Brytanii z UE, jak i Andrzej Duda będzie prezydentem.

Skutki jednego i drugiego werdyktu dla tych krajów będą jednak ponosić wszyscy solidarnie. Tysiące mieszkańców wysp już przenosi się, a przynajmniej lokuje swoje biznesy w krajach unijnych, tysiące mieszkańców Polski, a Śląska zwłaszcza, uczyni to samo. Zanim to nastąpi, politycy, dziennikarze i analitycy będą opisywać i badać przyczyny takiego wyniku. W Opolu znów się pojawią głosy, że mniejszość niemiecka pomimo antyniemieckiej retoryki Andrzeja Dudy głosowała na niego i że w gminach mniejszościowych odnotowuje się niezmiennie najniższą frekwencję.

Faktycznie w moim Dobrodzieniu wyniosła ona 47,59%, w sąsiednich Zębowicach była jeszcze niższa. Na mapce województw ze swoimi niespełna 60% województwo opolskie plasuje się na samym końcu tabeli, a przedostatnie miejsce zajmuje na niej Warmia z Mazurami, gdzie również tysiące ludzi żyją pomiędzy Niemcami a Polską. Czy ta wysoka absencja faktycznie związana jest z tym, że cała rzesza osób z list wyborczych w istocie mieszka w Niemczech? A może z faktem, że znaczna część wyborców stanowiących mniejszości narodowe nie poczuła, by któryś z kandydatów drugiej tury skierował do nich jakąś specyficzną ofertę. Na przykład w zakresie poprawy edukacji dla mniejszości, która zarówno pod rządami PO, jak i PiS w zgodnej ocenie nas samych, jak i ekspertów Rady Europy nie spełniała i nie spełnia zobowiązań Polski wynikających z Europejskiej karty języków regionalnych i mniejszościowych.

A skoro takiej oferty nie było, to była absencja lub… zadecydowały preferencje z mniejszością niezwiązane. Warto, by socjolodzy przeprowadzili takie badania. Z tego punktu widzenia bowiem kandydaci i ich doradcy czy sztabowcy powinni przeanalizować programy i treści wystąpień. Zwłaszcza sztabowcom sympatycznego Rafała Trzaskowskiego, na którego (choć dopiero w II turze) oddałem swój głos, warto powiedzieć, że analizie trzeba poddać nie tylko to, co zostało w kampanii powiedziane, nie tylko to, czy właściwie stawiano akcenty, ale także to, czego w niej zupełnie zabrakło.

Bernard Gaida

  • Dział: Blogi

Tante Lilo

Śmierć nigdy nie przychodzi w porę. Poznałem Tante Lilo jako mieszkankę enerdowskiego Karl-Marx-Stadt. Prawdziwa Saksonka, była żoną najstarszego brata mojej mamy, Georga. Mogli się spotkać, ponieważ była wojna.

Mały Georg w małej wsi nieopodal Dobrodzienia był od urodzenia prawie całkowicie niewidomy. W wieku sześciu lat poszedł do szkoły wiejskiej, ale nauka w kolejnych klasach była coraz trudniejsza i dlatego nauczyciel znalazł dla niego ośrodek dla niewidomych we Wrocławiu. Georg rozpoczął więc naukę w stolicy prowincji. Rozstanie z wioską, rodziną i rodzeństwem było dla wszystkich trudne. Potem wybuchła wojna, ojciec musiał iść na front, matka pozostała sama z dziećmi. Coraz rzadziej dochodziło do wzajemnych wizyt.

Kiedy w styczniu 1945 r. zarządzono ewakuację, rodzina z Dobrodzienia uciekała w kolumnie z innymi w kierunku Czech. Szkoła we Wrocławiu była ewakuowana w stronę Saksonii. Brak kontaktu, brak możliwości wysłania listu. Szczególnie bolesne było to dla matki. Kiedy po wojnie rodzina powróciła na Śląsk, znajdujący się już pod polską administracją, brakowało Georga. Po powrocie musieli odzyskać zajęty w międzyczasie dom, a za pomocą służby poszukiwawczej Czerwonego Krzyża udało się znaleźć Georga w Chemnitz.

Mimo próśb matki nie chciał on jednak wracać na Śląsk. Był niewidomy, nie mówił po polsku, a w Chemnitz byli jego znajomi i przyjaciele ze szkoły. Pozostał więc i spotkał tam niepełnosprawną ruchowo Liselotte. Przez całe życie się wzajemnie wspierali i stworzyli wzorową rodzinę. Tante Lilo trudno było zrozumieć ze względu na jej saksoński dialekt, ale otwartość jej serca wszystko nadrobiła. Ferie letnie w Karl-Marx-Stadt, jak później przemianowano Chemnitz, były cudowne, a Tante Lilo  była jak matka. Podobnie było podczas ich pobytów na Śląsku. Wieczorami Onkel Georg grał na akordeonie, a Tante na harmonijce ustnej. Śpiew i śmiech pozostały mi w pamięci. Oboje niepełnosprawni, ale zawsze uśmiechnięci i życzliwi.

Od najmłodszych moich lat wujostwo mieszkający w NRD byli dla mnie symbolem niemieckości naszej rodziny. Onkel opowiadał wszak również dowcipy o Antku i Frantzku, ale tylko po niemiecku, ponieważ nie znał nawet gwary górnośląskiej. Także po śmierci śląskiego Onkla Tante była ogniwem łączącym pomiędzy nami na Śląsku a saksońską rodziną. W każde urodziny otrzymywałem telefon: w słuchawce najpierw słychać było melodię piosenki z życzeniami granej na harmonijce. Otoczona miłością dzieci i wnuków Tante ostatnie lata żyła w domu pomocy społecznej w Chemnitz. Dwa lata temu mogłem jeszcze obchodzić wraz z nią jej 90. urodziny, potem jeszcze kilkakrotnie ją odwiedzałem, otrzymując na drogę powrotną za każdym razem parę nowo dzierganych skarpet. Te ciepłe skarpety na zawsze będą mi przypominały serdeczną Tante Lilo.

Bernard Gaida

  • Dział: Blogi

Problemy z tolerancją

Jeśli komuś się wydawało, że panująca pandemia poszerzy przestrzeń tolerancji, to się wyraźnie pomylił. Zamieszki antyrasistowskie w USA, obalane pomniki w Wielkiej Brytanii i ostatnio w Niemczech, spory światopoglądowe w sprawie LGBT w Polsce. Wymieniać można jeszcze długo.

We wszystkich tych sporach widać zastępowanie dialogu dyktatem, i to często dyktatem z obydwu stron tych sporów. Tymczasem dialog by oznaczał, że każda ze stron usiłuje się porozumieć. Atmosfera dyktatu stron sporu przenosi się na ulice, i to nie tylko w postaci zamieszek i plądrowania sklepów w USA, ale także atmosfery na ulicach europejskich miast. Oczywiście w Polsce jest ona dodatkowo ubarwiona folklorem wyborczym. Nazywam to folklorem głównie dlatego, że w zakresie sporów światopoglądowych wszyscy odwołują się do emocji, a nie merytorycznych argumentów.

Paradoksalnie to dobrze, że zmaganie się z pandemią zmusza do zajmowania się konkretnymi rozwiązaniami i ich konsekwencjami. Nie pomaga próba jej emocjonalnego zagadania, gdyż operuje się liczbami. Być może nie są pewne, ciągle za mało wykonuje się testów, ale dają możliwość porównywania. A świadome wybory wymagają od wyborcy porównywania, które niestety w społeczeństwie tak rozpolitykowanym, ale jednocześnie tak mało upolitycznionym przysparza trudności.

Wszyscy o polityce namiętnie dyskutują, ale tak niewielu się w nią poważnie angażuje, że zarówno programy partyjne, jak i ich ewaluacja staje się pozorna. Aby ten proces ułatwić, już na wstępie tej kampanii opracowaliśmy katalog pytań do kandydatów na temat polityki mniejszościowej. Byłbym szczęśliwy, gdybym mógł napisać, że co najmniej większość z nich się do niego ustosunkowała, ale niestety tak nie jest. Na niecałe dwa tygodnie przed wyborami nadal tylko Szymon Hołownia na nie odpowiedział. A przecież wydawałoby się, że przywołana w tytule tolerancja nigdzie łatwiej się nie sprawdza i nigdzie prościej nie można swojej tolerancji pokazać niż w stosunku do mniejszości. Nie jest łatwo wyłącznie tym, dla których jest ona wiecowym i dobrze brzmiącym hasłem, ale przysparza problemów, gdy padają pytania o szkoły z niemieckim wykładowym, o tablice dwujęzyczne, o wsparcie dla kultury niemieckiej i tegoż dziedzictwa kulturowego. Nadal czekamy.

Bernard Gaida

  • Dział: Blogi
Subskrybuj to źródło RSS