Log in
Bernard Gaida

Bernard Gaida

Email: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript. URL strony:

Historia zatoczyła koło

Na temat piosenki „Twój ból jest lepszy niż mój”, jej genezy i nieoczekiwanych skutków powiedziono już zapewne wszystko. Również ja należałem dziesiątki lat do słuchaczy Trójki. Zacząłem jej słuchać wraz z pójściem do liceum, a więc dokładnie na przełomie 1973–1974 roku. Był to jakiś wentyl wolności w myśli, satyrze i muzyce w PRL.

Jednak nie tyle o tym pragnę napisać, ile o pewnym z Trójką związanym zdarzeniu, które sprawiło, że w tym tygodniu jakaś historia zatoczyła koło. Po 38 latach powtórzył się niemal identyczny dialog. W maju 1982 roku, będąc w Gliwicach, usłyszałem, że pod pomnikiem Mickiewicza ma się odbyć demonstracja. Był szósty miesiąc stanu wojennego. Rozdygotane emocje, ale pomimo ograniczenia wolności byłem przekonany, że stan wojenny to początek końca tego systemu. Zgodnie z treścią plotki udałem się tam i stanąłem na przystanku tramwajowym na wprost pomnika. Wtedy jeździły tam jeszcze tramwaje. Pomimo długiego oczekiwania żadnej demonstracji nie było, a jedyne, co było widać, to milicyjne „suki” w bocznych ulicach i tłum milicjantów. Nie mogąc się z powodu braku demonstracji do niej przyłączyć, zamierzałem odejść, gdy nagle patrol kilku milicjantów najpierw mnie wylegitymował, potem dokumenty odebrał i oznajmił, że jestem zatrzymany. Na moje zastrzeżenie, że tylko stałem na przystanku, więc nie widzę powodu aresztowania, usłyszałem odpowiedź, która mnie zaskoczyła. Milicjant bowiem oznajmił, że byłem już długo obserwowany i pomimo, że przejechały wszystkie tramwaje, nie wsiadłem do żadnego. A więc nie jestem na spacerze, nie przyszedłem na tramwaj i stąd moje zatrzymanie.

Minęło 38 lat i niemal identyczny dialog usłyszałem w zeszłym tygodniu pod siedzibą Trójki w Warszawie. Zatrzymywana i legitymowana kobieta na pytanie policjanta, co tam robi, odpowiada, że wyszła na spacer. Na to policjant odpowiada: „Ale pani się zatrzymała i stała tutaj!”. Nie wiem, jak się zakończyła jej sprawa. Ale to nieistotne. Istotne jest to, że powodem nie był czynny udział w demonstracji, a raczej ewentualna gotowość wzięcia w niej udziału. Potencjalne demonstrowanie. A w tym kontekście te dwie sytuacje: moja w Gliwicach w stanie wojennym i kobiety w Warszawie Anno Domini 2020 są takie same. I to budzi mój sprzeciw i wtedy, i dzisiaj. Ale przede wszystkim traktuję to jak ostrzeżenie.

Bernard Gaida

  • Dział: Blogi

Czujemy się zranieni

Te słowa piszę w dniu, kiedy pomimo pandemii w całej Polsce usiłuje się jak najgodniej upamiętnić Jana Pawła II, który urodził się dokładnie przed stu laty. A chcąc odnieść się do hejtu przeciw Ślązakom, który rozlał się w internecie i niemal równocześnie dotknął obydwa województwa górnośląskie, można by garściami cytować owego wyjątkowego papieża z jego orędzia pt. „Poszanowanie mniejszości warunkiem pokoju”.

W jednej części naszego regionu przyczyną stali się górnicy, pośród których pojawiło się więcej niż średnio przypadków zarażenia koronawirusem, w drugim z województw hejt dotknął mniejszości niemieckiej, której radna w Jemielnicy złożyła wniosek o dodatkowe szyldy na obiektach gminnych w języku niemieckim. Jedni i drudzy są Ślązakami (przynajmniej w powszechnej opinii), więc duża część wylanej nienawiści koncentruje się na narodowo-etnicznej strunie. Zapewne spora ich część wychodzi spod palców tak zwanego pokolenia JPII, zalecam im więc lekturę papieskiego orędzia.

Dziś chciałbym się jednak odwołać do Hegla, który uważał, że kołem napędowym historii ludzkości była zawsze walka o uznanie. Jednak nigdy nie wystarczało uznanie gołosłowne. Ono musi stać się konkretnym uznaniem prawa do ojczyzny, języka, równości i godnego traktowania. Jeśli wniosek Ślązaczki na Śląsku o prawo do języka niemieckiego obok polskiego na ścianie urzędu w jej gminie wywołuje hasła typu: „jeśli im się nie podoba polski język to wypad do Merkel, nikt ich tu nie potrzebuje”, a reakcją na zachorowania pośród śląskich górników jest hasło: „nic się nie stanie jak ich będzie mniej” lub „nareszcie wyginie opcja niemiecka”, to oznacza, że z akceptacją równej godności jest niedobrze. Trzeba uczciwie dodać, że większość polityków deklaruje odcięcie się od takiego nieobywatelskiego traktowania Ślązaków, ale mam nieodparte wrażenie, że jedni czynią to z lęku przed górnikami, drudzy – bo tego wymaga kampania wyborcza. Jeszcze inni milczą.

Zaatakowany nie czuję niebezpieczeństwa ekonomicznego czy prawnego, a jednak czujemy się głęboko zranieni. Nic bowiem bardziej nie boli niż podeptana godność, tożsamość skazywana na niebyt, zakwestionowanie prawa do Heimatu. Dlatego wspólnota musi się konsolidować wokół tych wartości, pamiętając myśl Hegla. A wszystkim, którzy się z tym nie zgadzają, zacytuję Francisa Fukuyamę: „Nie uciekniemy od myślenia o sobie i naszym społeczeństwie w kategoriach tożsamościowych. (…) Tożsamości można użyć do dzielenia, ale też, jak niegdyś, do integrowania. To w ostatecznym rachunku będzie lekarstwo na populizm naszych czasów”.

Bernard Gaida

  • Dział: Blogi

Radosne i tragiczne rocznice

Początek maja jak co roku obfituje w rocznice. Ich nawał jest tak wielki, że niektórzy się w nich wręcz gubią. O jednych zapomnieli, z innymi przesadzili, a jeszcze innych przynajmniej nie przemyśleli. Połączmy tylko dwie z nich.

Wielu zapomniało o 1 maja jako kolejnej rocznicy rozszerzenia UE, którego jednym z beneficjentów stał się Śląsk. 16 lat temu wszystkie części Śląska wraz z krajami, pomiędzy które został podzielony, znalazły się w jednej wspólnocie. Granice państwowe nie zniknęły, ale w strefie Schengen zniknęła ich opresyjność. Tego dnia warto się było wsłuchać w dwa cytaty z Deklaracji Schumana, który powstanie Wspólnoty Węgla i Stali uznał za pierwszy etap powstawania Federacji Europejskiej. Ta droga trwa już długo, a jej sens się potwierdził. Schuman mówił: „nie było Europy, mieliśmy wojnę”. Sprawdziło się, że samo budowanie wspólnoty dało już kilkadziesiąt lat pokoju.

Warto hamulcowym procesu integracji i piewcom wyższości ciasnego interesu narodowego nad wspólnotowym o tym przypominać. Ale krytykom przypominać też o tym, że „Europa nie powstanie od razu ani w całości”. Powstawanie Europy jest przezwyciężaniem wielu podziałów, takich jak ten na Śląsku z 1921 roku. One zawsze były zawinione. Gdy jeszcze niektórzy nadal bezrefleksyjnie czczą bohaterów rzekomego „zrywu ludu śląskiego”, powinni to już weryfikować współczesnymi pracami polskich historyków, którzy odważnie głoszą już tezę, że spojrzenie na powstania, a zwłaszcza na III powstanie powinno ulec zmianie. Prof. Kaczmarek nazywa je nieznaną „wojną polsko-niemiecką”, a teza, że to raczej polskie powstanie na Śląsku niż powstanie śląskie, nie jest mu obca. Elity powstańcze ze Śląska od dawna potajemnie otrzymywały żołd z Polski. Obok akcji dyplomatycznej była to ogromna akcja polskiego wywiadu wojskowego, której efektem był przerzut na Śląsk polskich sił zbrojnych (wbrew międzynarodowym regulacjom), uzbrojenia, sił dowódczych, a wszystko to zakamuflowane bratobójczym udziałem samych Ślązaków.

Miałem swój udział w tym, że w czasie swego pobytu na Górze św. Anny prezydent Komorowski oddał cześć także niemieckim Ślązakom, którzy bronili tej góry i Śląska, uznając ich prawo do obrony i do marzenia, by pozostała w Niemczech. Dlatego dziś z perspektywy jednoczącej się Europy nie można po staremu czcić pamięci walk o Śląsk sprzed stu lat. Na Annabergu obecny pomnik stoi na miejscu wysadzonego po wojnie mauzoleum na cześć niemieckich obrońców tej góry. Oby kiedyś z tych dwóch pomników powstał jeden, upamiętniający wszystkich poległych, których politycy dążący do zmiany granic (wbrew wynikowi plebiscytu) popchnęli do walki, siedząc spokojnie w gabinetach w Warszawie, Poznaniu, Paryżu i Bóg jeden wie, gdzie jeszcze.

Bernard Gaida

 

  • Dział: Blogi

Kraj po 10 maja

Od kilku tygodni staram się usilnie unikać tematów politycznych, ale nie do końca można. Niedawno pisałem, że polskie wiadomości, które zawsze miały skłonności do zaściankowości i niedostrzegania problemów globalnych, w obliczu pandemii stały się całkowicie egoistyczne. Nagle przestały dostrzegać tragedię głodu na świecie, uchodźców w Grecji czy konfliktu na Ukrainie. Jednak w ostatnim czasie nawet pandemia straciła na znaczeniu, a ma się wrażenie, że świat cały kręci się wobec wyborów prezydenta w Polsce. Ale niestety w swej powszechności tak w mediach, jak i pośród ludzi akcent postawiony jest na epidemiologiczne zagrożenia przeprowadzenia tych wyborów. W ten sposób traci ta dyskusja znamiona racjonalności.

Oczywiście, że pandemia i niebezpieczeństwo zarażenia w trakcie wyborów jest niezmiernie istotne. Jednak paradoksalnie dla istoty wyborów w demokratycznym państwie tematem drugorzędnym jest, jak długo wirus przeżyje na kartce papieru, gdyż można zapewne zachować na tyle higieny, by nikomu nic nie groziło. O wiele ważniejszy jest fakt, że pandemia w ostatnich tygodniach sprawiła, że nie było możliwe spełnienie najważniejszego warunku demokratycznego wyboru, czyli informacji i możliwości zapoznania się z programami kandydatów.

Wybory powinny być powszechne, tajne, bezpośrednie i równe. Manipulowanie prawem wyborczym, sposobem ich przeprowadzenia, pozbawienie roli niezależnej PKW zagraża ich powszechności, tajności, bezpośredniości, ale nawet gdyby tak nie było, to zasady równości kandydatów już nie da się naprawić. Możliwość prowadzenia kampanii przez urzędującego prezydenta przy jednoczesnym ograniczeniu tej możliwości pozostałym kandydatom doprowadziło do sytuacji, że wiedza obywateli na temat kandydatów ograniczona jest do kilku z nich. Pytani o liczbę kandydatów wszyscy mówią o pięciu lub sześciu kandydatach, a tymczasem kandydatów jest ostatecznie dziesięciu.

Czy mniej znana część tej dziesiątki ma jakąkolwiek szansę, by w sytuacji zakazu zgromadzeń, utrudnień w podróżowaniu, braku dostępności do mediów centralnych móc dotrzeć do świadomości wyborców? Czy sprowadzenie kampanii wyborczej do sporu czy, jak i kiedy przeprowadzić wybory, pozwala zapoznać się z programami kandydatów? Czy ta sytuacja motywowała kandydatów do wysiłku stworzenia programu? Na te pytania trzeba uczciwie dać odpowiedź negatywną. A to oznacza, że jako wyborca pozbawiony jestem możliwości racjonalnej analizy, a więc świadomego wyboru, co podważa sens ich przeprowadzenia czy też udziału w nich. Czym więc będą, jeśli się odbędą? I czym będzie kraj, w którym prezydentem będzie ktoś wybrany w ten sposób?

Bernard Gaida

  • Dział: Blogi
Subskrybuj to źródło RSS