We wrześniu w sprawach mniejszości narodowych odwiedziłem aż cztery europejskie stolice: Warszawę, Berlin, Helsinki i Brukselę. Każda z nich jest inna. Dwie ostatnie wyróżnia to, że są miastami dwujęzycznymi. I nie chodzi o uliczny gwar, gdyż wszystkie metropolie są magnesem przyciągającym ludzi wszelkich kultur. W Helsinkach i Brukseli dwujęzyczność jest permanentna.
Właśnie status społeczności szwedzkojęzycznej sprawił, że Kongres FUEN odbył się w stolicy Finlandii. Język fiński i szwedzki są tam zrównane. Tablice z nazwami ulic, urzędów, drogowskazy, komunikacja miejska, ogłoszenia wszelkiego rodzaju, instrukcje, informacje, ulotki opisane są w obydwu tych językach. Burmistrz miasta uważa to za naturalne, pomimo tego, że tylko dla ok. 5% jego mieszkańców szwedzki jest językiem ojczystym, a z mocy prawa dwujęzyczność jest wymagana od chwili, gdy 8% populacji deklaruje język szwedzki jako ojczysty. Tych języków można używać także w instytucjach publicznych.
W Brukseli, gdzie jako członek Europejskiego Forum Dialogu przy FUEN uczestniczyłem w Parlamencie i Komisji Europejskiej w spotkaniach na temat inkorporacji praw mniejszości narodowych, etnicznych i językowych do nowych programów unijnych, a zwłaszcza Polityki Spójności na lata 2028–2034, sytuacja jest podobna. Miasto jest dwujęzyczne i obok języka francuskiego, którym posługuje się 90% mieszkańców, nazwy ulic, urzędów, szkół czy muzeów są opisane także po flamandzku. Jak wiadomo, patronem równości języków używanych przez Belgów jest ich król, który wszystkie swoje orędzia kieruje do obywateli nie tylko po francusku i flamandzku, ale także w języku niemieckim, który jest ojczystym dla zaledwie 70 tysięcy mieszkańców regionu Eupen.
Dla Belgów czy Finów jest to ważne, ale jednocześnie normalne i codzienne. Jaki ma to związek z Opolem? Taki, że na początku września przyszło mi odpowiadać na pytania, które VdG otrzymało z Rady Europy na temat wykonania zaleceń pokontrolnych z realizacji Europejskiej Karty języków Regionalnych i Mniejszościowych.
W jednym z nich Rada Europy pyta, czy miasto Opole znalazło już sposób na przywrócenie szyldów dwujęzycznych miejscowości, które zostały wchłonięte przez powiększenie miasta w 2017 roku, oraz czy przywróciło możliwość używania języka niemieckiego w urzędach miejskich. W Opolu już zapomniano, że nie tylko wbrew swej woli nowi mieszkańcy znaleźli się w granicach miasta, ale jednocześnie utracili język niemiecki na szyldach swych wiosek. O języku w obiegu administracyjnym już nie wspominając.
W Strasburgu jednak nie zapomniano, że poprzez działanie Opola Rzeczpospolita Polska naruszyła zasady, do których się zobowiązała, ratyfikując europejską kartę języków. Zgodnie z prawdą napisałem, że od dziewięciu lat niczego nie uczyniono, by w jakikolwiek sposób w granicach miasta przywrócić zabrane z ulic pomocnicze nazwy niemieckie. A przecież białe tablice dzielnic czy symboliczne tablice informacyjne nie byłyby żadnym problemem. Obok negatywnego obrazu prawnomiędzynarodowego jest też ten wizerunkowy.
Rok temu UO zaprosił do Opola szerokie grono ekspertów z całej Europy na „Kongres o mniejszościach”. Wielu z nich, w tym także Specjalny Sprawozdawca ONZ ds. mniejszości Nicolas Levrat, wyrażało zdanie, że choć w czasie uroczystego otwarcia konferencji wysłuchali zapewnień regionalnych polityków o szacunku dla wielokulturowości i wzorcowym podejściu do tutejszych Niemców, to w Opolu nie znaleźli żadnego śladu, który wskazywałby, że jest stolicą takiego regionu. Ich poszukiwania języka niemieckiego w przestrzeni miejskiej były bez rezultatu, jakby Opole się go wstydziło. Dwa obrazy poszły w świat: Opole opowiadane i Opole rzeczywiste. Helsinki i Bruksela, i wiele miejsc w Europie, pokazują, że ten obraz może być spójny.
Bernard Gaida